Historia się powtarza, najpierw półgębkiem a teraz głośno i z przytupem prominentni politycy PiS obwieścili, że za ludobójstwo na Wołyniu odpowiada: "państwo sowieckie" (w domyśle Rosja). Podczas debaty w Sejmie jasno zadeklarował to, jak się wydaje oficjalne stanowisko PiS, Jarosław Sellin:

"My uważamy, że z punktu widzenia długofalowej polityki i racji stanu ten symboliczny dzień męczeństwa nie powinien być wyznaczany na 11 lipca, bo to był mord ludobójczy, jeden z najbardziej tragicznych epizodów dotyczących męczeństwa Polaków na Wschodzie. Ale by go nie było, gdyby nam państwa nie rozebrali hitlerowscy Niemcy i Sowieci. Uważamy, że główny nacisk, jeśli chodzi o to, kto jest winny, jeśli chodzi o męczeństwo Polaków na Wschodzie, powinien być skierowany na Sowietów. A przyczynkiem do tego, co zrobili, jest straszliwy mord nacjonalistyczny, ukraiński, ludobójczy na Wołyniu. Dlatego ten dzień męczeństwa powinien palcem wskazywać głównego winowajcę, jakim było państwo sowieckie".

Swego czasu takie "tezy" stawiał także Bronisław Komorowski w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej", mówiąc wprost o "przebranych za upowców enkawudzistach", a w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" (24.07.2008) mówił to samo co dzisiaj politycy PiS: "Próbę ustanowienia dnia Kresowiaka w rocznicę tragedii wołyńskiej uważam za usiłowanie przeniesienia odpowiedzialności na Ukraińców. Nie mogę tego zaakceptować. Dniem pamięci o Kresach jest 17 września, czyli rocznica inwazji sowieckiej z 1939 roku. Próba przeniesienia odpowiedzialności z Sowietów na Ukraińców skłania mnie do zastanowienia, czy nie mamy do czynienia z długimi rękoma Rosji. Mordy na Wołyniu są fragmentem zdarzeń po 17 września 1939 roku". Głosił to także prominentny Ukrainiec w Polsce Mirosław Czech w artykule pod wymownym tytułem: "Jak Moskwa rozpętała piekło na Wołyniu" ("Gazeta Świąteczna", 9-10.03.2013).

Widać wyraźnie, że w tej kwestii istnieje zadziwiająca jedność pomiędzy PO i PiS, a Komorowski jest za pan brat z Kaczyńskim.

Problem w tym, że historycy, i to nawet ci uchodzący za sprzyjający stronie ukraińskiej odrzucają tezę o "sowieckiej prowokacji" jako całkowicie nieuprawnioną. Chodzi tu np. o Ryszarda Torzeckiego, Andrzeja L. Sowę oraz Grzegorza Motykę. Nawet Ukrainiec Wołodymyr Wiatrowycz, czołowy wybielacz UPA, mówi tylko o "konflikcie polsko-ukraińskim" i o "wymknięciu się wydarzeń spod kontroli".

Więcej, w 1943 roku, o czym pisałem obszernie w artykule "Partyzantka sowiecka wobec zagłady ludności polskiej na Wołyniu w 1943" ("Niepodległość i Pamięć", nr 3-4/2013, ss.183-212), to oddziały tej partyzantki były jedyną realną siłą, która stanęła w obronie ludności polskiej. Jak się szacuje uratowała ona sześć polskich samoobron, w tym największą - Przebraże, razem ok. 20.000 ludzi. Prawda o tym w ogóle nie przebija się do polskiej świadomości.

Na koniec zacytuję fragment mojego artykułu dotyczący sytuacji, która po ponad 70 latach powtarza się - chodzi o próby "wyjaśnienia" tragedii poprzez szukanie odpowiedzialnego za zbrodnię w "tym trzecim", czyli w Sowietach. Już raz to przerabialiśmy i zakończyło się śmiercią dziesiątków tysięcy Polaków. Historia, jak widać, niektórych niczego nie an uczyła. Oto stosowny fragment:

"Współpraca samoobron polskich z partyzantką sowiecką odbywała się wbrew oficjalnym dyrektywom Delegatury Rządu RP i dowództwa Armii Krajowej. Od samego początku służby informacyjne Komendy Głównej AK oskarżały partyzantkę sowiecką o inspirowanie i prowokowanie konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu.

W "Biuletynie Informacyjnym" pisano: "Rola banderowskiego odłamu OUN w tych tragicznych zajściach nie jest mocno udowodniona. Wiele faktów wskazuje natomiast na to, że właściwymi inspiratorami haniebnego pogromu, w czasie którego wymordowano setki rodzin polskich byli agenci sowieccy. W chwili sporu o Ziemie Wschodnie Moskwa za wszelką cenę dąży do wywołania konfliktu ukraińskiego na tle zadrażnień narodowościowych, aby mieć argument, że ukraińska ludność kresowa nie życzy sobie powrotu państwa polskiego na te ziemie. Ta sama Moskwa jednocześnie dla zatarcia śladów kazała wystąpić swym własnym "dywersantom" przeciwko bandom ukraińskim spod znaku "Tarasa Bulby" Cele tej podwójnej gry są aż nadto jasne. Oto za jednym zamachem wyniszcza się żywioł polski na kresach i kompromituje wobec świata nacjonalistów ukraińskich".

Podobne oceny były zawarte w Sprawozdaniu Delegata Rządu na Województwo Wołyńskie Kazimierza Banacha, reprezentującego Stronnictwo Ludowe: "Bolszewicy mają swoje jaczejki wśród społeczeństwa ukraińskiego i wśród band. Usiłują opanować kierownictwo bandami, a już i obecnie wiele band jest pod ich komendą. Stwarzają pozory, że ludność polską chcą brać w obronę. Wszędzie jednak tam, gdzie ludność zmuszona była z ich opieki korzystać, zmierzają tylko do tego, by z młodzieży polskiej stworzyć komunistyczne oddziały partyzanckie. Jeden z takich oddziałów jest już zorganizowany i przybrał nazwę oddziału im. Tadeusza Kościuszki. W kilku wypadkach stwierdzono, że wśród atakujących ludność polską byli i bolszewicy, którzy przedtem ludności polskiej proponowali pomoc. Wydaje się być prawie pewnym udział inspiracji sowieckiej w akcji mordowania ludności polskiej. Pojawiły się również na Wołyniu liczne oddziały partyzantki sowieckiej. Oddziały te żadnej akcji zaczepnej w stosunku do Niemców nie prowadzą. Wygląda na to, że jest to gromadzenie sił dla akcji w przyszłości. Oddziały te zaopatrywane są z powietrza w broń, amunicję, ludzi, materiały instrukcyjne i propagandowe. Wołyń traktują jako ziemię sowiecką. W tej chwili stanowią one już poważną siłę".

Ta ocena, odbiegająca od rzeczywistej sytuacji na Wołyniu, owocowała popełnianiem dalszych błędów i zaniechań. Komenda Główna AK zlekceważyła informacje o zagrożeniu ludności polskiej na Wołyniu przez nacjonalistów ukraińskich, które napływały do Warszawy jeszcze w 1942 roku. Pomimo stanowiska Delegata Rządu na Wołyniu Kazimierza Banacha, który domagał się uzbrojenia oddziałów AK i skierowania ich do obrony ludności polskiej na Wołyniu - dowództwo w Warszawie odmówiło. Płk Jan Rzepecki "Prezes" z KG AK argumentował, że "udostępnienie broni na Kresach roznieciłoby ogień walki do niewyobrażalnych rozmiarów, a opinia światowa uzyskałaby argument, że walka o wschodnią granicę była błędem politycznym". Stąd, w decydującym momencie, na Wołyniu praktycznie nie było większych oddziałów AK, wszystkie przygotowania koncentrowały się wokół Akcji "Burza", która miała pokazać nadchodzącej Armii Czerwonej i władzom w Moskwie, że tereny wschodnie są nadal polskie. Tragizm sytuacji polegał na tym, że w przypadku Wołynia jedynym co można było zrobić, to uratować życie dziesiątków tysięcy ludzi.

Chociaż stanowisko Kazimierza Banacha było bardziej realistyczne, to w praktyce też nie był on w stanie niczego zrobić. Łudził się, że należy prowadzić rozmowy z nacjonalistami ukraińskimi, apelować do nich, by w imię jedności państwa (polskie władze podtrzymywały iluzję istnienia RP na tych terenach, traktując Ukraińców, także nacjonalistów, jako obywateli tego państwa) zaprzestali rzezi. Jednocześnie wydał on, w chwili największego natężenia terroru UPA, w dniu 28 lipca 1943 roku, odezwę do "Obywateli Rzeczypospolitej". Apelował o przeciwstawienie się rzezi i wzywał do tworzenia samoobrony. Jednocześnie zakazywał wstępowania do policji w służbie niemieckiej oraz dodawał: "Współdziałanie z bolszewikami jest takim samym przestępstwem, jak współdziałanie z Niemcami".

Ta groźba odnosiła się do w dużej mierze do tych Polaków, którzy wstępowali w szeregi partyzantki sowieckiej, ale ogólny wydźwięk tego dokumentu jest przygnębiający. W czasie, kiedy dziesiątki tysięcy Polaków, pozbawianych oparcia struktur podziemnych Państwa Polskiego, walczyło o życie, Delegat Okręgowy Rządu zakazuje współpracy z siłą, która jest dla wielu polskich wsi jedynym sojusznikiem. Dobrze, że Delegat Okręgowy nie traktował swoich gróźb zbyt dosłownie, zadając sobie sprawę z realnej sytuacji. Bardzo często zaprzysiężeni członkowie AK współpracowali z partyzantka sowiecką, oczywiście ukrywając swoją przynależność organizacyjną. W takie sytuacji był np. Henryk Cybulski z Przebraża.

Wracając jeszcze do kwestii błędnej oceny dokonanej przez władze cywilne wojskowe Polskiego Państwa Podziemnego, należy dodać, że miały one jedynie mgliste wyobrażenie o tym, co się dzieje. Jak pisze Władysław Filar: "Uważano, że napływające informacje o rzeziach są przesadzone, nie wierzono, że w XX wieku może powtórzyć się scenariusz z okresu buntów i powstań kozackich chłopskich". Powagę sytuacji dostrzegały tylko struktury podziemne działające na Kresach, choć także z pewnym opóźnieniem. Raport Obszaru Lwowskiego AK w sprawie mordów wołyńskich zawiera smutny wniosek, że "ludność polska czuje się opuszczona przez czynniki rządowe". Stwierdzano też, że polskie czynniki rządowe zrzucają winę za to, co się stało na Wołyniu "na wszystkich, z wyjątkiem oczywistych głównych sprawców: nacjonalistów ukraińskich z OUN na czele".

Jan Engelgard

http://mysl-polska.pl/939