Rozdział VIII. HITLEROWSKA TECHNIKA "ZNAJDYWANIA" DOWODÓW.

Goebbels, reakcja polska i amerykańscy inscenizatorzy starej goebbelsowskiej prowokacji katyńskiej twierdzą, iż daty dokumentów i gazet, znalezionych przy zwłokach w Katyniu urywają się wiosną 1940 r. Jest to kłamstwo podwójne. Przede wszystkim przeczą temu twierdzeniu bezpośrednie fakty. Komunikat radzieckiej Komisji Specjalnej wylicza szereg znalezionych przy zwłokach dokumentów, których daty sięgają i września 1940 r., i listopada 1940 r., i marca 1941 r., i mają, a nawet 20 czerwca 1941 roku, a więc przedednia wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej.

Ale twierdzenie Goebbelsa, reakcji polskiej i amerykańskich wskrzesicieli prowokacji goebbelsowskiej w sprawie daty znalezionych przy zwłokach dokumentów - zawiera jeszcze drugie, bodajże perfidniejsze kłamstwo. Twierdzenie to bowiem przemilcza niezwykle ważną, rozstrzygającą w tym wypadku sprawę: data dokumentów i gazet, pięknie, ale dokumentów i gazet przez kogo przy zwłokach umieszczonych? Przez kogo i w jakich okolicznościach znalezionych i odczytanych?!

Odpowiemy na to pytanie, opierając się na źródłach wrogich Związkowi Radzieckiemu.

"Prace rozpoznawcze, konieczne dla identyfikacji dokumentów, przeprowadzali urzędnicy tajnej policji polowej" albo "profesor dr Gerhard Buhtz" (Stuprocentowy hitlerowiec, wyznaczony przez centralne władze hitlerowskie do "kierowania dochodzeniem sądowo-lekarskim" w Katyniu.) - stwierdza bez wszelkich niedomówień, na str. 41-42, hitlerowskie wydawnictwo Amtliches Material zum Massenmord von Katyn czyli Urzędowy materiał w sprawie mordu masowego w Katyniu. Jest rzeczą znamienną, że współautorzy andersowskiej Zbrodni katyńskiej usiłują na wszelki niegodziwy sposób ratować "bezstronność" stuprocentowego hitlerowca, jakim był prof. Buhtz. Tak określił go bułgarski profesor Markow, uczestnik sprowadzonej przez hitlerowców do Katynia tzw. "Międzynarodowej Komisji Lekarskiej". Ale nawet gdybyśmy nie rozporządzali tym świadectwem, możemy przyjąć za pewnik - na podstawie znajomości praktyki hitlerowskiej - że władze III Rzeszy nie mianowałyby na stanowisko kierownika ekshumacji w Katyniu człowieka, który by nie był hitlerowcem, i to stuprocentowym.

"Prof. Buhtz robił wrażenie kulturalnego Europejczyka (!), fachowca (!!) do głębi przejętego pracą sobie powierzoną" - pisze cytowany już reakcyjny dziennikarz J. Mackiewicz (Zbrodnia katyńska, str. 266).

"Według mojej opinii prof. Buhtz traktował prace, przeprowadzane w Katyniu, jako naukowiec i z tego powodu miał nawet pewne zatargi z kierownictwem miejscowym niemieckiej propagandy" (!) - usiłuje przelicytować Mackiewicza lekarz J. Wodziński, wysłany do Katynia przez hitlerowców z tzw. "Techniczną Komisją Polskiego Czerwonego Krzyża". (Tamże, str. 208).

Taki sam dyplom "bezstronności" wystawia Wodziński i pozostałym trzem lekarzom hitlerowskim, przydzielonym do Katynia: dr Schmidtowi, dr Muellerowi oraz doc. dr Huberowi. I to - po "naukowych doświadczeniach", które lekarze hitlerowscy przeprowadzali na więźniarkach polskich w Ravensbrueck i innych obozach śmierci. Jakże oślepia i zaślepia andersowska "ideologia"!

My jednak możemy przyjąć bez obawy popełnienia najmniejszej omyłki, że hitlerowiec prof. Buhtz ze swymi trzema hitlerowskimi asystentami przeprowadzał "prace rozpoznawcze" z bezstronnością równą dokładnie bezstronności urzędników tajnej hitlerowskiej policji polowej.

A teraz - o "dokładności" samych "prac".

Według Amtliches Material ekshumacje rozpoczęły się 29.03.1943 r. a przerwane zostały 3.06.1943 r. (Amtliches Material, str. 38 i str. 40). W ciągu 67 dni miano jakoby zbadać i zidentyfikować - wciąż wg Amtliches Material - 4143 zwłoki. Mieli tego dokonać 3 lekarze hitlerowscy oraz Wodziński. Albowiem "sam prof. Buhtz przebywał - za czasów mego pobytu w Katyniu (29.04-3.06.1943) - w Smoleńsku i na teren lasku przyjeżdżał dość nieregularnie - raz do trzech razy w tygodniu" - pisze Wodziński. (Zbrodnia katyńska, str. 208). Wypadałoby więc na 4 lekarzy 61-62 zwłoki dziennie, czyli 15-16 na jednego lekarza. Nawet jeśli się przyjmie, że każdy z 4 lekarzy pracował 10 godzin dziennie, to i tak nie sposób byłoby określić ich pracy jako dokładnych badań sądowo-lekarskich.

Ale rzecz w tym, że ci czterej lekarze ani nie pracowali po 10 godzin dziennie, ani nie pracowali 67 dni! Lekarze hitlerowscy "dopiero później w drugiej połowie maja... przeprowadzili szereg oględzin zwłok" - przyznaje Wodziński. (Zbrodnia katyńska, str. 207, podkreślenia moje - B. W.). On zaś sam, Wodziński, "od połowy maja" zaniechał "osobistego oglądania każdych bez wyjątku wydobytych z grobów zwłok". Innymi słowy Wodziński, który faktycznie przystąpił do pracy 1-2 maja (Por. Zbrodnia katyńska, str. 204), zdążył do połowy maja obejrzeć dokładnie zwłoki z rozkopanych uprzednio przez hitlerowców mogił, zwłoki, przy których hitlerowcy umieścili to, co umieścić chcieli.

A jak przedstawiała się technika sprawdzania i utożsamiania dokumentów i gazet, znalezionych rzekomo przy zwłokach? Posłuchajmy, co o tym pisze Amtliches Material oraz Wodziński, którego nie sposób podejrzewać o chęć wzbudzenia wątpliwości w stosunku do hitlerowskich metod "badawczych".

Dokumenty i gazety, znalezione przy zwłokach, były bez sprawdzania, bez czytania na miejscu układane od razu do papierowych torebek, oznaczonych tym samym numerem, co zwłoki. (Amtliches Material, str. 41-42). Przy czym "z powodu bardzo dużej ilości tych gazet, zachowano z nich tylko kilka numerów..." - notuje Wodziński (Zbrodnia katyńska, str. 217) nie domyślając się nawet, jak bardzo takim choćby szczegółem kompromituje całą prowokację katyńską.

Ale na tym jeszcze nie koniec:

"Powyżej opisana praca (wkładanie znalezionych dokumentów do kopert itd. - B. W.) - przyznaje Wodziński - odbywała się pod ścisłym nadzorem podoficerów niemieckiej policji polowej, którzy nie wtrącając się bezpośrednio do prac obserwowali je pilnie i uniemożliwiali w ten sposób ukrywanie znalezionych na zwłokach przedmiotów i niewkładanie ich do oficjalnych kopert. Zaznaczyć należy, że członkowie Komisji Technicznej PCK na miejscu nad grobami nie przeprowadzali dokładniejszych badań znalezionych dokumentów i, co za tym idzie, nie identyfikowali zwłok oraz nie sporządzali ich listy". (Tamże, str. 217-218, podkreślenia moje - B. W.).

A co się stało z owymi "oficjalnymi kopertami", gdy już w nie powkładano "znalezione" przy zwłokach dokumenty?

"Każdego dnia po zakończeniu prac po godzinie 12 i 5 po południu" odwoził je "niemiecki goniec motocyklowy", któremu - śpiesznie dodaje Wodziński - "często towarzyszył członek Komisji Technicznej PCK". (Tamże, str. 218, podkreślenia moje - B. W.).

Odrzucając ten, gwoli przyzwoitości, wstawiony przysłówek "często"... - możemy przyjąć bez obawy popełnienia pomyłki, że dokumenty, których na miejscu nie badali nawet członkowie Komisji Technicznej PCK, sprowadzeni przez hitlerowców - przewoził goniec niemiecki, który po drodze mógł, oczywiście, zmienić do woli zawartość kopert. Ale na tym nie koniec szalbierstwa.

Koperty z dokumentami przewożono do domku, położonego w odległości 5-6 km od lasu Katyńskiego w kierunku na Smoleńsk - opowiada Wodziński - "gdzie mieściła się komisja sporządzająca listę identyfikacyjną zwłok oraz znalezionych dokumentów i przedmiotów". (Tamże).

W domku tym - jak stwierdza Wodziński - urzędował stale podoficer hitlerowskiej Geheim Feldpolizei (tajna policja polowa), mając do pomocy jeszcze jednego Niemca. Pierwsze skrzypce w "odczytywaniu" znalezionych dokumentów grała - wciąż wg Wodzińskiego - "pewna Volksdeutschka", której metody "badawcze" Wodziński tak opisuje:

"Jak to sam zaobserwowałem, Volksdeutschka tłumaczyła na niemiecki tylko te części pamiętników, które zawierały treść kompromitującą Sowiety". (Tamże, str. 221).

Po czym pozostawało już tylko te tak "bezstronne i dokładnie zbadane" dokumenty przetłumaczyć na skażoną polszczyznę szmatławców - i wystawić "dokumenty" w oszklonej gablotce, by z iście hitlerowską czelnością móc te rzekome "dowody zbrodni bolszewików" pokazywać (za szkłem) "wycieczkom" sprowadzanym przez hitlerowców i eskortowanym przez hitlerowców. "Wycieczkom", sprowadzanym przez morderców na groby ich własnych ofiar! Na tym właśnie polegała już od dawna hitlerowska technika znajdywania - w każdej godzinie niesławnej historii III Rzeszy - potrzebnych (hitlerowcom) i dogodnych (dla hitlerowców) "dowodów".

Przy stosowaniu tego rodzaju "techniki" nieuniknione były przykre dla hitlerowców przeoczenia w rodzaju tych, które wymienia komunikat radzieckiej Komisji Specjalnej oraz kompromitujące hitlerowców pomyłki. O jednej z takich pomyłek goebbelsowskich fałszerzy świadczy list, który ukazał się w Trybunie Ludu z dnia 24.03.1952 r.:

"W związku z mordem katyńskim pragnę podzielić się z Szanowną Redakcją faktem, jaki miał miejsce w czasie okupacji niemieckiej. Znalazłem się mianowicie na liście zamordowanych oficerów w Katyniu. Lista ta ogłaszana była w prasie gadzinowej, a mianowicie w Nowym Kurierze Warszawskim. Że notatka dotyczyła mojej osoby, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Poza imieniem i nazwiskiem zgadzała się, co najważniejsze - data urodzenia (1900). Gazetę zachowałem jako curiosum, lecz niestety zaginęła w czasie powstania warszawskiego. A oto garść szczegółów rzucających pewne światło na całą sprawę.

Dnia 24 sierpnia 1939 roku powołany zostałem do 31 pp. do Sieradza. Pełniłem tam funkcję dowódcy plutonu zwiadowczego w randze porucznika. W dniu 8 września wskutek zmylenia drogi oddzielił się tabor pułkowy kierując się na Łódź, podczas gdy pułk udał się przez Aleksandrów Łódzki w kierunku na Łowicz. W taborze na wozie oficerskim znajdowała się moja waliza, a w niej książeczka wojskowa, która później posłużyła do zgłoszenia mnie na liście zamordowanych w Katyniu.

Z poważaniem Stanisław Piniński

Warszawa, Al. Wilanowska 181"

Hitlerowcy nie tylko więc podrzucali do grobów katyńskich "odpowiednio" datowane gazety, ale niekiedy wtykali do kieszeni swoim katyńskim ofiarom znalezione uprzednio - np. w czasie kampanii wrześniowej 1939 roku - dokumenty wojskowe.

O podobnym wypadku pisze w liście do redakcji katowickiej Trybuny Robotniczej (nr z dn. 6.03.1952 r.) Stanisław Kulin, zamieszkały w Bytomiu. Kulin, który w czasie wojny służył jako szeregowiec w armii Andersa, przytacza następujący fakt, demaskujący zarówno hitlerowskich morderców i prowokatorów z Katynia, jak również andersowców, którzy się tej prowokacji uchwycili:

"W Centrali Poszukiwań Polskiego Czerwonego Krzyża w Kairze (Egipt) - pisze Stanisław Kulin - pracowała ochotniczka, kapral Weronika Święcicka, żona ppłk. W. P. Teofila Święcickiego, który na podstawie sporządzonych przez Niemców wykazów figurował na jednej z list, jako zamordowany w Katyniu. Święcicka mając pewność, że chodzi tu o jej męża, gdyż drugiego oficera o tych samych personaliach nie było w rejestrach oficerów armii polskiej, zamierzała już zawrzeć nowe małżeństwo.

W roku 1945 po zakończeniu wojny otrzymałem od szefa kancelarii polecenie, aby nadać radiogram z Rzymu, przez telefon z Komendy Miasta do Centrali Poszukiwań PCK w Kairze treści następującej:

"Komenda Miasta Kair - proszę powiadomić ochotniczkę Święcicką Weronikę, że mąż jej, Teofil, żyje i znajduje się w Rzymie. Dnia... (nie pamiętam) samolotem o godzinie... odleci z Rzymu do Kairu". Następuje podpis komendanta m. Rzymu.

Po przybyciu ppłk. Święcickiego do Kairu okazało się, że był on wzięty do niewoli niemieckiej i do końca wojny przebywał w jednym z obozów oficerskich. Tam też zostały mu zabrane przez Niemców jego dokumenty. Była to głośna sprawa. Zastanawiałem się nieraz, jakim cudem dokument ppłk. Święcickiego przebywającego w obozie niemieckim znalazł się w Katyniu".

Był to jeden z owych "cudów", które hitlerowcy nagminnie stosowali w toku fabrykowania prowokacji katyńskiej. Nie mniej charakterystyczna - i demaskująca prowokację katyńską - jest historia Stanisława Kołodziejczyka. Podporucznik rezerwy, urodzony 16.09.1899 roku we Lwowie, obecnie zamieszkały w Skawinie i zatrudniony w charakterze głównego mechanika w Skawińskich Zakładach Materiałów Ogniotrwałych - Kołodziejczyk pracował przed wojną w warsztatach kolejowych w Stanisławowie. Wyjeżdżając w październiku 1939 roku do Lwowa, pozostawił u swego kolegi, Piotra Piotrowskiego, niektóre swoje dokumenty- m. in. książeczkę wojskową, legitymację pracownika PKP, bezpłatny bilet kolejowy PKP II kl. i pozwolenie na broń.

Piotrowski został aresztowany przez gestapo w kwietniu 1942 r. W czasie rewizji gestapowcy zabrali również dokumenty Kołodziejczyka. Samego Kołodziejczyka hitlerowcy uwięzili w dniu 13.04.1943 r. i - po krótkim areszcie w więzieniu gestapo we Lwowie - wywieźli do Oświęcimia, gdzie Kołodziejczyk przebywał aż do wyzwolenia.

W sierpniu 1945 roku Stanisław Kołodziejczyk odnalazł swą rodzinę i przyjaciół w Gliwicach. Na jego widok - jak sam opowiada - "żegnano się", witając go jako "zmartwychwstałą ofiarę katyńską". Albowiem w Gazecie Lwowskiej nr 127 z dnia 1.06.1943 r. wśród innych ofiar Katynia figurował m. in.:

"Kołodziejczyk Stanisław, oficer rezerwy, pozwolenie na broń, legitymacja urzędnika państwowego, bezpłatny bilet kolejowy PKP 2-ej klasy".

Miejscowe szmatławce i oddziały gestapo - zgodnie z duchem prowokacji goebbelsowskiej - "fabrykowały" na własną rękę "ofiary Katynia". Ponieważ gestapo lwowskie liczyło na śmierć Stanisława Kołodziejczyka, wywiezionego do Oświęcimia, umieściło jego nazwisko na liście "oficerów polskich zamordowanych przez bolszewików w Katyniu".

Warto tu jeszcze omówić sprawę tzw. "Międzynarodowej Komisji Lekarskiej", którą hitlerowcy sprowadzili pod koniec kwietnia 1943 r. do Katynia. Składała się ona albo z "ideowych" sprzymierzeńców III Rzeszy, albo też z lekarzy krajów okupowanych przez III Rzeszę lub od niej zależnych (jak np. Bułgar, profesor Markow, czy Czech, profesor Hajek). Ci ostatni, wbrew woli, zmuszeni byli uczestniczyć w tzw. Międzynarodowej Komisji Lekarskiej". (Por. oświadczenie prof. Hajka). Podkreślić wypada, że jeszcze przed amerykańską inscenizacją goebbelsowskiej prowokacji, bo w roku 1950, prof. Hajek ogłosił w organie Międzynarodowego Stowarzyszenia Lekarzy Medycyny Sądowej, ukazującym się w Liege (Belgia) - w Acta Medicinae Legalis et Socialis - dokładne sprawozdanie z sekcji, które przeprowadził w Katyniu. W konkluzji swej pracy prof. Hajek stwierdza, iż stan zwłok wykluczał, aby mord został dokonany o 3 lata wcześniej (w stosunku do kwietnia 1943 r.) tj. w roku 1940. Por. również relację dra Szebesty.

W sumie komisja spędziła nad grobami katyńskimi (w dniach 29 i 30 kwietnia 1943 r.) sześć do ośmiu godzin. (Wszystkie fakty, które tu przytaczamy, zawarte są w zeznaniach prof. Markowa złożonych w dniu 1 lipca i 2 lipca 1946 przed Trybunałem Norymberskim - Protokoły Procesu Norymberskiego t. XVII, wyd, cyt. Str. 332-360 - oraz w zeznaniach prof. Markowa, złożonych przed bułgarskim sądem ludowym w dn. 19.02.1945 r.). Przy tym - groby te zostały uprzednio otwarte przez hitlerowców. Członkowie komisji dokonali obdukcji 9 zwłok. Dokumenty oglądali - w szklanej gablotce. Nie przeprowadzali naukowej ekspertyzy dokumentów. Żaden z członków 12-osobowej komisji lekarskiej - z wyjątkiem rasistów Miroslavicza z Zagrzebia i Orsosa z Budapesztu - nie określił daty mordu na rok 1940. Wbrew ostatecznemu brzmieniu protokołu, który hitlerowcy przedstawili jako orzeczenie komisji i który tę datę tak właśnie określa!

Protokół różni się - właśnie w tym najistotniejszym punkcie! - od tekstu, jaki członkom komisji przedstawił w Smoleńsku prof. Buhtz (wieczorem 30.04.1943 r.). Wśród członków komisji mówiono wtedy powszechnie, że "Niemcy są z treści protokołu niezadowoleni" i dlatego nie kazali go podpisać w Smoleńsku. Włoski profesor Palmieri stwierdził, że hitlerowcy ze Smoleńska uzgadniali telefonicznie tekst protokołu z Berlinem.

Nazajutrz, w dniu 1 maja 1943 r., samolot wiozący członków komisji do Berlina nagle przerwał lot i wylądował na lotnisku wojskowym w Białej Podlaskiej. Członkom komisji, otoczonym przez kordon uzbrojonych hitlerowców, polecono wtedy podpisać protokół, w którym zjawiło się dodatkowe zdanie: zdanie, wskazujące na marzec-kwiecień 1940 r. jako rzekomą datę dokonania mordu, a to na podstawie "dokumentów", które członkowie komisji oglądali w... szklanej gablotce.

Takich to sztuczek użyli hitlerowcy nawet w stosunku do sprowadzonej przez nich samych do Katynia tzw. "Międzynarodowej Komisji Lekarskiej". Komisji, która - powtarzamy - rekrutowała się przeważnie z ludzi albo III Rzeszy całkowicie oddanych, albo też przez III Rzeszę terroryzowanych.

Jaki zaś los spotkał tych uczestników "wycieczek" czy "komisji", którzy byli na tyle nieostrożni, że w obecności niezbyt pewnych ludzi dawali świadectwo prawdzie - dowodzą m. in. dzieje byłego posła na Sejm z NPR ("Narodowej Partii Robotniczej"), Herca. Uważając go za zdecydowanego wroga komunizmu hitlerowcy wysłali Herca - wraz z jedną z licznych "komisji" - do Katynia. Hitlerowskie gazety ukazujące się w Poznańskiem - m. in. Grenzlandzeitung - zamieściły nawet fotografię Herca stojącego nad rozkopaną mogiłą katyńską. Pod fotografią widniał podpis: "Były poseł polski świadkiem zbrodni w Katyniu".

Jednakże Herc, z zawodu majster ślusarski i rusznikarz, wykrył na miejscu prawdziwe dowody zbrodni oskarżające niezbicie prawdziwych morderców - hitlerowców. M. in. uderzył go dobry stan odzieży na zwłokach oraz niemiecka amunicja w grobach. Powróciwszy do Poznania, trawiony słusznym gniewem, Herc w rozmowie z towarzyszami pracy w b. fabryce Cegielskiego dał wyraz najgłębszemu swemu przekonaniu, że straszliwą zbrodnię w Katyniu popełnili hitlerowcy. Na nieszczęście wśród tych, którym Herc zwierzył tajemnicę swego sumienia, znajdował się szpicel okupanta.

I tak oto niedawno honorowany przez prasę hitlerowską Herc znalazł się (w październiku 1943 roku) w kazamatach Fortu VII w Poznaniu w celi nr 59, skąd przewieziono go do obozu zagłady Gross-Rosen, gdzie też zginął w 1944 roku.

Pozostali przy życiu współwięźniowie Herca - m. in. Stanisław Pawłowski, zamieszkały obecnie w Poznaniu - stwierdzają zgodnie przyczynę i okoliczności aresztowania Herca. Herc wiedział, iż czeka go nieuchronna śmierć za to właśnie, iż stał się niewygodny dla morderców i prowokatorów z Katynia...

Prowokacja hitlerowska była szyta tak grubymi nićmi, iż kiedy w 9 lat później, w roku 1952, reakcyjna prasa zachodnio-niemiecka na rozkaz amerykańskich naśladowców Goebbelsa poczęła umieszczać iście goebbelsowskie artykuły na temat Katynia, w jednym z czasopism zachodnio-niemieckich ukazał się niezwykle charakterystyczny list. Mianowicie jeden z czytelników czasopisma Der Spiegel, dr Alfred M. Franke z Beverungen nad Wezerą pisze w Der Spiegel z dnia 23.01.1952 r. na temat okoliczności hitlerowskiej prowokacji katyńskiej m. in.:

"W 3-4 dni po pierwszych wiadomościach o Katyniu Voelkischer Beobachter opublikował adresy listów znalezionych przy kilku zabitych. Wtedy stał się prawdziwy cud, którym zachwycali się wszyscy spirytyści. Według Voelkischer Beobachter na kopertach tych listów już wiosną 1940 roku podane były adresy miejscowości i ulic przemianowanych w rok później przez Niemców. Zmarli wiedzieli więc już rok przedtem, iż Niemcy zmienią nazwy tych właśnie miejscowości i ulic".

***

Omówiliśmy kilka przykładów, charakteryzujących bezprzykładną w swym cynizmie "technikę znajdywania dowodów", którą hitlerowscy ludobójcy szeroko zastosowali w Katyniu nad grobami pomordowanych przez nich oficerów polskich. Ale nie tylko przytoczone powyżej fakty demaskują prowokatorów. Są jeszcze inne.