WSTĘP

Kwiecień 1943 roku. Nad umęczoną ziemią polską snuje się gęsty, straszliwy dym. Dymią piece krematoriów Oświęcimia, Majdanka, Treblinki, Stutthofu. W komorach gazowych, napełnianych wielokrotnie w ciągu dnia cyklonem (produkt koncernu niemieckiego I. G. Farben-industrie) giną dziesiątki tysięcy, setki tysięcy, miliony Polaków i ludzi różnej narodowości, zwożonych zewsząd, dokąd sięga terror hitlerowski, w bydlęcych wagonach jak bydło rzeźne - codziennie, bezustannie. ...I w tymże kwietniu tegoż 1943 roku mordercy milionów puszczają w świat jedną ze swych potwornych prowokacji: Katyń.

Luty 1952 roku. Nad udręczoną ziemią koreańską unoszą się kłęby dymu ze spalonych przez amerykańskie bomby miast, osad, wsi - i roje zarażonych bakteriami dżumy i cholery owadów, rozsiewanych przez amerykańskie samoloty. W Niemczech Zachodnich amerykańscy politycy i amerykańscy generałowie gotując nową pożogę światową montują do spółki z hitlerowskimi zbrodniarzami, z hitlerowskimi producentami armat i cyklonu, neohitlerowski Wehrmacht: przeciw Związkowi Radzieckiemu, przeciw Polsce. ...I w tymże lutym tegoż 1952 roku Kongres USA wznawia starą hitlerowską prowokację: Katyń.

Nic nigdy nie dzieje się przypadkowo. Nie można zrozumieć bestialskiej zbrodni popełnionej przez faszystów niemieckich jesienią 1941 roku w Katyniu, jeśli się nie sięgnie do jej źródeł. A źródłami tej zbrodni są: hitlerowska polityka zagłady narodu polskiego, a przede wszystkim inteligencji polskiej; stosunek kierownictwa III Rzeszy do jeńców wojennych na froncie wschodnim; sytuacja międzynarodowa późnym latem i jesienią 1941 roku, zwłaszcza w świetle faktu organizowania się polskiej armii na terytorium Związku Radzieckiego.

Nie można zrozumieć katyńskiej prowokacji hitlerowców z kwietnia 1943 roku, jeśli się nie sięgnie do jej źródeł. A źródłami tymi są: konsekwentnie przez hitleryzm stosowany system prowokacji; sytuacja wojskowa III Rzeszy po klęsce pod Stalingradem; gorączkowe wysiłki kierownictwa III Rzeszy, zmierzające do rozbicia koalicji antyhitlerowskiej; ówczesne, a dziś w pełni już ujawnione powiązania ludobójców hitlerowskich z wstecznymi kołami Stanów Zjednoczonych i W. Brytanii oraz z naszą rodzimą reakcją - w Londynie i w kraju.

I wreszcie tylko analiza obecnej sytuacji międzynarodowej i zbrodniczego planu władców USA odsłania istotne motywy wznowienia starej, goebbelsowskiej prowokacji katyńskiej przez amerykańskich wskrzesicieli Wehrmachtu, przez amerykańskich morderców Korei.

Analiza polityczno-historyczna ukazuje prawdę o Katyniu - jednej z licznych tragedii drugiej wojny światowej, którą spośród wszystkich innych najgęstszą pajęczyną kłamstw zasnuli hitlerowcy niemieccy, i nie tylko niemieccy...

Dokonamy również przeglądu rzeczowych dowodów kłamliwości "operacji katyńskiej" - zarówno w wydaniu "SS-1943" jak i "USA-1952". Dowodów tych dostarczy przede wszystkim - wróg. Wróg Polski i Związku Radzieckiego: stary i nowy wróg, w gruncie rzeczy - ten sam.

W sprawie bowiem Katynia, podobnie zresztą jak i w innych, czyny i słowa wroga świadczą, poddane dokładnej analizie, przeciw niemu. Przeciw rzeczywistym sprawcom zbrodni katyńskiej - i przeciw ich dzisiejszym opiekunom i naśladowcom. Przeciw hitlerowskim mordercom jeńców polskich pod Katyniem - i przeciw amerykańskim mordercom jeńców koreańskich i chińskich w Kożedo.

 


 

Rozdział I. PROWOKACJA JAKO SYSTEM.

Od chwili narodzin aż do haniebnego zgonu, od chwili dojścia do władzy aż do swej ostatecznej klęski hitleryzm stosuje stale i nieodmiennie prowokację. Prowokacja hitlerowska, podniesiona przez Hitlera, Goeringa i Goebbelsa do godności systemu, polega stale i nieodmiennie na przypisywaniu, na podrzucaniu przeciwnikom hitleryzmu własnych, hitlerowskich zbrodni. I tych, które hitlerowcy już popełnili i tych, które w danym momencie popełnić zamierzali.

"Pożar Reichstagu" - w chwili dojścia do władzy. "Krwawe napady Polaków na terytorium Niemiec" - właśnie w chwili wkroczenia Wehrmachtu na terytorium Polski i rozpętania wojny przeciw Polsce. Ogłoszenie (w roku 1940) Dokumentów okrucieństwa polskiego - właśnie w chwili zastosowania w okupowanej Polsce okrucieństw hitlerowskich, bestialskich. Okrucieństw na nieznaną dotąd w dziejach skalę pomyślanych i realizowanych.

I Katyń! Potworna, antyradziecka prowokacja katyńska - właśnie w chwili, kiedy świat drżał z gniewu i odrazy przed bezmiernymi zbrodniami ludobójców hitlerowskich, a III Rzesza drżała po Stalingradzie z przerażenia, rozpaczliwie szukając sposobów rozbicia solidarności sojuszników i gniewu narodów.

Oto kilka tylko, ale charakterystycznych przykładów - i niejako kolejnych etapów - hitlerowskiego systemu prowokacji.

Warto im się przyjrzeć nieco bliżej. Rzucają one bowiem pierwszy snop światła na przyszłą "operację katyńską" - na katyński "Ablenkungsmanoevr" (manewr dywersyjny, odwracający uwagę).

Pożar Reichstagu. 30 stycznia 1933 r. Hitler - mąż opatrznościowy niemieckich magnatów finansowych - obejmuje stanowisko kanclerza Rzeszy. 5 marca mają się odbyć wybory do Reichstagu. Potrzebny jest pretekst do rozpętania krwawego terroru przeciw antyfaszystom niemieckim, przeciw lewicy niemieckiej. 28 lutego wybucha pożar Reichstagu (gmachu parlamentu Niemiec), Ze swego pałacyku przewodniczącego Reichstagu Goering wysłał podpalaczy podziemnym przejściem do gmachu parlamentu. W płonącym budynku pozostawili hitlerowcy swego najmitę, półzidiociałego włóczęgę, van der Lubbego, z legitymacją członka Komunistycznej Partii Niemiec w kieszeni. Legitymacja jest oczywiście fałszywa. I Dymitrow, którego hitlerowcy posadzili na ławie "oskarżonych", demaskuje przed całym światem tę prowokację Goeringa oraz prawdziwych podpalaczy Reichstagu, którzy roznieconym przez nich samych pożarem zdążyli się już posłużyć jako pretekstem do krwawej rozprawy z lewicą niemiecką.

Prowokacja poprzedzająca najazd na Polskę. Na tajnej odprawie dowódców wojskowych z dnia 22 sierpnia 1939 roku, poświęconej sprawie wojny przeciwko Polsce - wojny, której cel fuehrer określił jako "zagładę Polski" - Hitler oświadczył:

"Sam znajdę propagandowe uzasadnienie dla wywołania wojny, obojętnie, czy będzie ono wiarygodne. Później nie będą pytać zwycięzcy, czy mówił prawdę". (Dokument Procesu Norymberskiego nr 1014/PS. Cyt. Wg A. Nordena, Jak przygotowuje się wojny, "Książka i Wiedza", 1951 r., str. 88).

A oto jedno z "propagandowych uzasadnień", które Hitler - popędzany na wschód przez monachijczyków - wynalazł przed rozpętaniem wojny przeciw Polsce. W dniu 1 września 1939 roku oficjalna hitlerowska agencja prasowa "Deutsches Nachrichtenbuero" podała - a przedrukowała to cała prasa hitlerowska z organem centralnym NSDAP Voelkischer Beobachter na czele - następujący komunikat:

"Około godz. 20 dziś wieczór (tj. 31 sierpnia 1939 r.) rozgłośnia w Gliwicach została zaatakowana przez polskich napastników. Polacy siłą wdarli się do studia. Udało im się odczytać odezwę polską w polskim i częściowo w niemieckim języku. Jednak po kilku minutach zostali obezwładnieni przez policję, którą zaalarmowali gliwiccy radiosłuchacze. Policja musiała użyć broni, tak że napastnicy ponieśli straty w zabitych.

Napad na rozgłośnię był prawdopodobnie sygnałem generalnego ataku polskich powstańców na ziemię niemiecką. Mniej więcej o tym samym czasie powstańcy polscy, jak stwierdzić można było dotychczas, przekroczyli granicę niemiecką w dwóch innych punktach. Chodziło tu ponownie o ciężko uzbrojone oddziały, które prawdopodobnie wspierane były przez regularne oddziały wojskowe. Oddziały policji granicznej stawiły opór napastnikom. Zaciekłe walki trwają jeszcze".

Szwedzki przemysłowiec Birger Dahlerus, który w sierpniu 1939 r. próbował pośredniczyć między Berlinem a Londynem, zeznał 19 marca 1946 r. przed Trybunałem Norymberskim:

"Spotkałem się z Goeringiem 1 września 1939 r. o godz. 8 w jego kwaterze głównej. Po pewnym wahaniu powiedział mi, że wojna wybuchła dlatego, że Polacy napadli na rozgłośnię w Gliwicach". (Cyt. Wg A. Nordena, Jak przygotowuje się wojny, "Książka i Wiedza", 1951 r., str. 89).

Tak powiedział podpalacz Reichstagu, jeden z mistrzów prowokacji hitlerowskiej - Goering. A jak wyglądał w rzeczywistości ów "krwawy napad Polaków na radiostację w Gliwicach"? Odpowiada na to Dokument 2751/PS z dnia 20.11.1945 r., przedstawiony Trybunałowi Norymberskiemu:

"Ja, Alfred Helmut Naujock, składam pod przysięgą po poprzednim zaprzysiężeniu następujące zeznanie:

1. Od roku 1931 do 19 października 1944 byłem członkiem SS i członkiem SD (Sicherheitsdienst, formacja policyjna gestapo) od chwili założenia tej organizacji w 1934 r. do stycznia 1941 r. Jako członek Waffen-SS służyłem w wojsku od lutego 1941 do połowy roku 1942. Później pracowałem w wydziale gospodarczym administracji wojskowej Belgii od września 1942 do września 1944. 19 października 1944 poddałem się aliantom.

2. Około 10 sierpnia 1939 roku otrzymałem rozkaz osobiście od Heydricha, szefa Sipo i SD (Sicherheitspolizei i Sicherheitsdienst, formacje policyjne gestapo) wykonania pozornego zamachu na rozgłośnię radiową w Gliwicach w pobliżu granicy polskiej i to w taki sposób, aby wyglądało, że to Polacy byli napastnikami. Heydrich powiedział: "Faktyczne dowody polskich prowokacji potrzebne są dla prasy zagranicznej i niemieckiej propagandy". Rozkazano mi udać się z 5 lub 6 członkami SD do Gliwic i tam oczekiwać umówionego hasła od Heydricha, że zamach należy wykonać. Rozkaz, który otrzymałem, brzmiał: opanować rozgłośnię i utrzymać ją tak długo, aby mówiący po polsku Niemiec mógł wygłosić przemówienie w języku polskim przez radio. Mówiącego po polsku Niemca przydzielono mi. Heydrich powiedział, że w przemówieniu winna być mowa o tym, że nadszedł czas rozprawy między Polakami a Niemcami i że każdy Niemiec, który będzie stawiał opór, zostanie zgładzony. Heydrich powiedział mi również, że spodziewa się, iż atak Niemiec na Polskę nastąpi w najbliższych dniach.

3. Udałem się do Gliwic i czekałem tam dni 14. Wówczas zwróciłem się do Heydricha z prośbą o zezwolenie mi na powrót do Berlina, otrzymałem jednak nakaz pozostania nadal w Gliwicach. Między 25 a 31 sierpnia odwiedziłem Heinricha Muellera, kierownika gestapo, który wówczas znajdował się w pobliżu Opola. W mojej obecności Mueller omawiał z jakimś człowiekiem, nazwiskiem Mehlhorn, plany incydentów granicznych, mających wywołać wrażenie, że polscy żołnierze atakują wojska niemieckie... Do tego celu mieli być użyci Niemcy w sile około jednej kompanii. Mueller oświadczył, że użyłby do tego celu 12 czy 13 skazanych zbrodniarzy, których należy przebrać w polskie mundury i zwłoki ich pozostawić na miejscu wypadku, aby wywołać wrażenie, że zostali oni zabici w czasie ataku. W tym celu przewidziano dla tych zbrodniarzy śmiertelne zastrzyki, które dać im miał pewien lekarz, zatrudniony przez Heydricha; następnie należy wykonać rany postrzałowe. Po zakończeniu incydentu należy na miejsce wypadku sprowadzić przedstawicieli prasy i innych ludzi, na koniec należy sporządzić raport policyjny.

4. Mueller powiedział mi, że otrzymał od Heydricha rozkaz dostarczenia mi jednego z tych zbrodniarzy do Gliwic. Zbrodniarzy tych określił Heydrich hasłem "Konserwy".

5. Incydent gliwicki, w którym brałem udział, odbył się w wieczór poprzedzający niemiecki atak na Polskę. O ile mogę sobie przypomnieć, wojna rozpoczęła się 1 września 1939 r. W południe 31 sierpnia otrzymałem od Heydricha telefon, z którego w myśl umówionego szyfru dowiedziałem się, że zamach wykonany ma być o godz. 8 wieczór tegoż dnia. Heydrich powiedział: "Przed wykonaniem zamachu zameldujcie się u Muellera w sprawie "Konserw"!" Uczyniłem to i zażądałem, by Mueller dostarczył mi tego człowieka w pobliże rozgłośni. Otrzymałem tego człowieka i poleciłem złożyć go przy wejściu do radiostacji. Żył on jeszcze, ale był nieprzytomny. Spróbowałem otworzyć mu oczy. Z oczu nie mogłem stwierdzić, czy żyje, oddychał jednak. Nie widziałem też żadnych ran postrzałowych, natomiast na twarzy miał wiele rozmazanej krwi. Był w ubraniu cywilnym.

6. Zdobyliśmy radiostację według rozkazu, przez trzy czy cztery minuty wygłaszane było przemówienie przez rozgłośnię pomocniczą, następnie wystrzeliliśmy kilkakrotnie z rewolwerów i opuściliśmy teren rozgłośni". (Cyt. Wg E. J. Osmańczyka, Dowody prowokacji, Czytelnik 1951 r., str. 19-20).

Nadmienić należy, że owymi "zbrodniarzami", których szyfr hitlerowski określał jako "Konserwy", byli więźniowie obozów koncentracyjnych, niemieccy antyfaszyści.

Prowokacja została zrealizowana przez gestapo oraz generałów hitlerowskiego sztabu generalnego z Keitlem na czele. (Patrz E. J. Osmańczyk, Dowody prowokacji, Czytelnik 1951 r., str. 21-22). Prowokacja gliwicka stanowi niejako prawzór prowokacji katyńskiej, jeśli się uwzględni, rzecz jasna, różnicę celów i różną skalę ofiar. Zasadniczą wszakże "technikę", zastosowaną w prowokacji gliwickiej, odnajdziemy również w Katyniu. W pierwszym wypadku "Konserwy" - to zamordowani przez hitlerowców antyfaszyści niemieccy, których zwłoki, odziane w mundury żołnierzy polskich, świadczyć miały, że "Polacy napadli na Niemcy". W drugim wypadku "Konserwy" - to zamordowani przez hitlerowców oficerowie polscy, których groby ujawnione przez hitlerowskich morderców świadczyć mają o "winie Sowietów".

"Okrucieństwa" Polaków. Propagandowym prawzorem Katynia - tyle że wymierzonym nie przeciw Związkowi Radzieckiemu, lecz przeciw narodowi polskiemu - jest oficjalna publikacja hitlerowska z 1940 roku pt.: Dokumenty polskiego okrucieństwa (Dokumente polnischer Grausamkeit). "Oskarża" się tu Polskę o wymordowanie - ni mniej ni więcej - tylko 58 000 Niemców w okresie od dnia wybuchu wojny do chwili uwolnienia Niemców (w Polsce) "spod polskiego jarzma"!

Urzędowa publikacja hitlerowska stwierdza przy tym, że do dnia 1 lutego 1940 r. zidentyfikowano dokładnie 12 857 zwłok Niemców "zamordowanych przez Polaków".

O technice prowokacji zastosowanej w tym wypadku świadczy następujący przykład "utożsamiania" zwłok: pod Białymstokiem znaleziono szczątki zabitego w toku działań wojennych człowieka, który natychmiast został uznany za Niemca, zamordowanego - rzecz jasna - przez Polaków. Ze znalezionych przy zwłokach dokumentów okazało się nieco później, iż zabity nazywał się Trawiński i pochodził z Grudziądza. Zawiadomiony o tym szef "Centrali Grobów", dr Schmidt, orzekł, że zwłoki są jednak "niemieckie", bo matka Trawińskiego mogła przecież być Niemką. (Fakty zaczerpnięte z Biuletynu Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, t. III, str. 158).

W taki to "ścisły" sposób sfabrykowano prowokację pod nazwą Dokumenty polskiego okrucieństwa. I tę samą technikę prowokacyjnych przeinaczeń, haniebnych fałszerstw i oszustw zastosuje aparat Goebbelsa i Himmlera - jak zobaczymy - również i w Katyniu.

Wszelako już na wstępie zaznaczyliśmy, iż nie sposób rozważać przyczyn i okoliczności zbrodni katyńskiej w oderwaniu od polityki biologicznego unicestwiania narodu polskiego. Przyjrzyjmy się tej polityce - chociażby w skrócie.

 


 

Rozdział II. ZAGŁADA - PROGRAM HITLERA W POLSCE.

23 maja 1939 roku na odprawie szefów wszystkich trzech rodzajów broni (armii lądowej, lotnictwa i marynarki) Hitler oświadczył: "...Odpada więc zagadnienie oszczędzania Polski, a pozostaje decyzja zaatakowania jej przy pierwszej nadarzającej się okazji... Nie jest to sprawa Gdańska. Chodzi tu o uzupełnienie naszej przestrzeni życiowej na wschodzie..." (Dokument Procesu Norymberskiego L. 79. Jest to protokół odprawy, spisany przez Schmundta, adiutanta Hitlera, wówczas podpułkownika, a później generała).

Hitler, plenipotent wielkich koncernów i banków, daje tu nie tylko program hitlerowski, ale program polityczny każdej odmiany imperializmu niemieckiego w stosunku do Polski. Nie chodzi o taką czy inną linię graniczną, o te czy inne ziemie, miasta. Chodzi o byt Polski, której zniszczenie całkowite jest od dawna celem polityki kapitalistów i junkrów niemieckich. Swoistość hitleryzmu na tle ogólnej polityki imperializmu niemieckiego wobec Polski - polityki zagłady - polegała na tym, że chciał on bardzo szybko urzeczywistnić ten program, którzy - powtarzamy - był i jest programem każdej odmiany imperializmu niemieckiego. Również dzisiejszej, neohitlerowsko-adenauerowskiej, której patronuje Waszyngton.

22 sierpnia 1939 roku, na tydzień przed najazdem na Polskę, Hitler jak już wiemy rzuca hasło: "Zagłada Polski!"

"Brutalnie postępować! Zamknąć serca przed litością - chrypi fuehrer na odprawie w dniu 22.08.1939 r. - słuszność jest zawsze po stronie silniejszego. Wykażmy największą bezwzględność!"

I rzeczywiście: Hitler oraz jego siepacze wykazali w Polsce i w Związku Radzieckim całą potworną bezwzględność i okrucieństwo, do jakich zdolny jest faszyzm - terrorystyczna forma władzy wielkiego kapitału.

Jeszcze się broniła stolica Polski, haniebnie przez "sojuszników zachodnich" zdradzonej w celu zachęcenia Hitlera do marszu na ZSRR - a już Hitler, Himmler, Goebbels i Frank opracowali wytyczne systematycznego wymordowania narodu polskiego: plan "całkowitego wytępienia Polaków po przejściowym wykorzystaniu ich do ostateczności".

Nie jest, rzecz jasna, przypadkiem, że "szef SS Rzeszy" ("der Reichsfuehrer SS") Heinrich Himmler mianowany został przez Hitlera w dniu 7.10.1939 r. "komisarzem Rzeszy dla umocnienia niemczyzny" ("Reichskommissar fuer die Festigung deutschen Volkstums"). SS-owski przemysł śmierci miał wyprodukować dla imperializmu niemieckiego upragnioną przezeń "przestrzeń życiową".

W listopadzie 1941 roku himmlerowski "Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy" (RSHA) opracował "generalny plan wschodni Reichsfuehrera SS", który - po pewnych poprawkach z kwietnia 1942 r. - przewidywał "wysiedlenie" 50 milionów Słowian. Z Polski miało zniknąć raz na zawsze 85% Polaków. Reszta - około 15% - miała być przymusowo i szybko zniemczona, czyli włączona do hitlerowskiej "wspólnoty krwi".

"Istnieje wiele dróg, prowadzących do zniszczenia siły biologicznej narodu" - głosi dodatek do himmlerowskiego "generalnego planu wschodniego", opracowany w dniu 27.04.1942 r. (Dokument Procesu Norymberskiego NG-2325). I rzeczywiście, pamiętamy - pamiętamy z dokładnością na zawsze wyrytą w mózgach i sercach, z dokładnością krwawiącą po dziś dzień - ową mnogość hitlerowskich "dróg", po których wróg zdążał do dosłownego, biologicznego wytępienia narodu polskiego.

Komory gazowe. Wyniszczenie setek tysięcy ludzi w obozach koncentracyjnych również przez szarpiący wnętrzności głód, przez druzgoczącą osłabiony organizm pracę, pracę nadludzką ("Arbeit macht frei"). I masowe wysiedlania (Zamojszczyzna). I "spęd" dziewcząt polskich w celach "nordyckich"... (Helenów!). I masowe egzekucje (Bydgoszcz, Wawer, Palmiry, Rotunda w Zamościu, Warszawa!).

Masowe egzekucje były nie tylko środkiem terroru. Masowe egzekucje były również jedną z metod stwarzania próżni dla imperialistycznych celów, czyli - osławionej hitlerowskiej "przestrzeni życiowej".

Masakra w Katyniu stanowiła jeden z licznych przykładów egzekucji masowych i wiązała się ściśle - nie zapominajmy - z pierwszym w kolejności punktem programu zniszczenia narodu polskiego: z punktem dotyczącym wytępienia inteligencji polskiej.

Zarządzona przez Franka w maju 1940 roku akcja A-B - czyli tak zwane (z właściwą imperialistom obłudą) "Nadzwyczajne zarządzenia w celu zaprowadzenia spokoju" ("Ausserordentliche Befriedigungs-massnahmen") - godziła przede wszystkim w inteligencję polską. Właśnie ją mając na myśli i o niej głośno mówiąc, powołał się w dniu 30 maja 1940 r. Hans Frank, namiestnik hitlerowskiej Rzeszy w GG ("Generalnej Guberni"), na następującą dyrektywę Hitlera:

"Należy likwidować znajdującą się obecnie w Polsce kadrę kierowniczą. Co potem podrośnie, musimy wykryć i po ustalonym czasie również usunąć..."

Zacytowawszy powyższe "złote myśli" fuehrera, Frank dodał:

"Kogo uważamy za podejrzanego, ten musi być natychmiast likwidowany".

Tak mówił Frank latem 1940 roku. W rok później hitlerowcy zagarnęli tysiące oficerów polskich, internowanych pod Smoleńskiem. Ci oficerowie polscy byli w oczach kierownictwa Rzeszy niewątpliwie - mówiąc językiem Franka - "podejrzani" i to ze wszech miar i z każdego względu, jak o tym jeszcze będzie mowa.

"...Chciałbym zaznaczyć jedno: nie możemy się rozczulać, jeżeli słyszymy o 17 tysiącach rozstrzelanych" - powiada Frank w dniu 25.01.1943 roku.

Albowiem dla Franka - podobnie jak dla Hitlera i Himmlera - najważniejszą sprawą w odniesieniu do Polski było:

"...Macie tu zapuszczać silne korzenie nowego niemieckiego obszaru życiowego (Lebensraum), który stanie się kiedyś taki sam jak Wirtembergia, Badenia albo Marchia Brandenburska, jak Bawaria albo Marchia Wschodnia. Kraków, Warszawa, Lublin albo Radom mają jak Wiedeń lub Hamburg wrosnąć w niemiecką wspólnotę życia i ojczystego odczuwania". (Z przemówienia Franka do młodzieży hitlerowskiej w dniu 7.06.1942 r.).

Albowiem Frank - podobnie jak Hitler, Goebbels, Himmler - był przekonany, iż:

"...Jest jasne jak słońce, że Kraj Wisły (Weichselland) stanie się tak niemiecki jak Nadrenia". (Z przemówienia Franka w dniu 16.05. 1944 r.).

A co do Polaków:

"Kiedy wreszcie wygramy, to jeśli o mnie chodzi, z Polaków, Ukraińców i tego, co się wokół obija, można zrobić rąbankę..." (Z przemówienia Franka w dniu 12.01.1944 r.).

"Kraj Wisły" nie stał się jednak niemiecki. Z narodu polskiego hitlerowcy nie zdążyli jednak zrobić "rąbanki". Naród polski został ocalony. Polska stała się silnym państwem. Państwem o zdrowej strukturze geograficznej, państwem narodowo jednolitym, bo na stare piastowskie ziemie przywróconym. Sprawił to Związek Radziecki, który hitlerowscy mordercy narodu polskiego "oskarżyli" o mord przez nich samych na oficerach polskich w Katyniu popełniony.

I właśnie to, że naród polski przez Kraj Rewolucji Socjalistycznej ocalony został z rąk hitlerowskich ludobójców, dzisiejszych sojuszników USA, właśnie to, że Polska, dzięki braterskiej przyjaźni i pomocy Kraju Rad powróciła na zachód, na piastowski zachód, właśnie to, że dzięki zwycięstwu ZSRR powstało za Odrą i Nysą szczerze i konsekwentnie pokojowe, bo wolne od władzy wielkich kapitalistów i junkrów, państwo niemieckie, przyjaźnie z Polską współpracujące - właśnie to doprowadza do białej gorączki amerykańskich opiekunów i wspólników Guderiana, Adenauera, Kruppa. Amerykańskich wskrzesicieli neohitlerowskiego Wehrmachtu - i starej hitlerowskiej prowokacji w sprawie wymordowania jeńców polskich w Katyniu.

Mordowanie zaś jeńców na froncie wschodnim nie było w praktyce kierownictwa III Rzeszy, w praktyce dowództwa naczelnego Wehrmachtu (OKW), w praktyce SS - czymś niezwykłym, wyjątkowym.

Przeciwnie: mordowanie jeńców wziętych do niewoli na froncie wschodnim było dla hitlerowskich ludobójców - zwłaszcza jesienią 1941 roku i zimą 1941-1942 roku - regułą, prawem.

 


 

Rozdział III. ZAGŁADA - PROGRAM HITLEROWSKIEJ RZESZY W STOSUNKU DO JEŃCÓW W EUROPIE WSCHODNIEJ W LATACH 1941 I 1942.

W czasie procesu głównych zbrodniarzy hitlerowskich przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, prokurator radziecki, płk. Pokrowski, przedstawił m.in. zeznania hitlerowskiego generała Franza Haldera (Gen. Halder przebywa od kilku lat na wolności i ściśle współpracuje ze sztabem armii USA), b. szefa sztabu hitlerowskiej armii lądowej oraz zeznania gen. Warlimonta, b. zastępcy szefa wydziału operacyjnego przy OKW (Oberkommando der Wehrmacht - naczelne dowództwo hitlerowskich sił zbrojnych). Dokumenty te w procesie norymberskim oznaczone zostały numerami: ZSRR - 341 i ZSRR - 263 (a) (Protokoły Procesu Norymberskiego, t. VII, str. 358-363, wyd. w jęz. ang.).

Z obydwu zeznań wynika niezbicie, że jeszcze w marcu 1941 r. na odprawie poświęconej przygotowaniom do rozpętania wojny przeciwko Związkowi Radzieckiemu, Hitler wydał rozkaz rozstrzeliwania jeńców wojennych, którzy wpadną w ręce Wehrmachtu. Hitler nakazał utworzyć w tym celu specjalne grupy (Einsatzgruppen), złożone z członków Sipo (Sicherheitspolizej) i SD (Sicherheitsdienst), które to organizacje podlegały w ostatniej instancji szefowi SS Rzeszy (der Reichsfuehrer SS), Heinrichowi Himmlerowi.

Nakaz mordowania jeńców wojennych potwierdziły całkowicie zeznania innych generałów hitlerowskich przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. Tak np. gen. Lahausen zeznał, że w lipcu 1941 r. brał udział - w zastępstwie admirała Canarisa, szefa kontrwywiadu hitlerowskiego - w konferencji dotyczącej traktowania jeńców wojennych na froncie wschodnim. Przewodniczącym tej konferencji, na której "rozpracowano" dyrektywy Hitlera w sprawie rozstrzeliwania jeńców, był gen. Reinecke z OKW. Uczestnikami konferencji - poza Lahausenem - byli przedstawiciele himmlerowskiego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) oraz przedstawiciele wydziału dla spraw jeńców wojennych w OKW (Protokoły Procesu Norymberskiego, tom II, str. 500. wyd. w jęz. niem.).

W przededniu napaści na ZSRR zostały utworzone - wciąż zgodnie z dyrektywami Hitlera i na podstawie porozumienia między OKW i RSHA - specjalne jednostki Sicherheitspolizei i SD (Einsatzgruppen), przeznaczone do wykonywania specjalnych zadań na froncie wschodnim. Spośród owych "Einsatzgruppen" wydzielono mniejsze oddziały - "Einsatzkommandos" - dla obsługi każdego obozu jenieckiego "na wschodzie".

Zeznając przed Trybunałem Norymberskim gen. Ohlendorf - b. szef Departamentu III w RSHA - wyjaśnił rzeczowo, iż jednym z głównych zadań owych "Einsatzgruppen" było likwidowanie w obozach jenieckich, podobnie zresztą jak i wśród ludności cywilnej, "elementów niebezpiecznych politycznie" (Tamże, tom IV, str. 350).

Nie ulega wątpliwości, że pod hitlerowską kategorię "elementów niebezpiecznych politycznie" podpadali również zagarnięci przez Wehrmacht pod Smoleńskiem oficerowie polscy. Zobaczymy zresztą, że owa, jaskrawo sprzeczna z prawem międzynarodowym, formuła "elementów niebezpiecznych politycznie" wśród jeńców wojennych była tylko parawanem dla polityki ślepej, masowej zagłady jeńców wojennych na froncie wschodnim.

"Użycie broni przeciwko jeńcom jest z reguły zgodne z prawem" - głosił cyniczny rozkaz z dnia 8 września 1941 roku, podpisany przez przewodniczącego opisanej powyżej konferencji z lipca 1941 roku, generała Reinecke z OKW. (Materiały Norymberskie, wyd. "Biblioteki Zrzeszenia Pracowników Demokratów", str. 207).

Rozkaz nosił datę 8 września 1941 roku. I we wrześniu 1941 roku rozpoczęła się masakra również oficerów polskich pod Katyniem. Warto tu przytoczyć pewien znamienny list, który ukazał się w numerze z dnia 13 marca 1952 r., czołowego organu burżuazji amerykańskiej New York Herald Tribune. List wysłany został z Norymbergi w d. 7.03.1952 r. Autorem jest B. B. Ferencz - pracownik, o ile nam wiadomo, prokuratury amerykańskiej. Ze względu na histerię antykomunistyczną panującą w St. Zjednoczonych - i na tragifarsę "dochodzeń" w Komisji "katyńskiej" Kongresu USA - korespondent N. Y. Herald Tribune nie ośmiela się, rzecz jasna, podać bezpośrednio w wątpliwość goebbelsowskiej i... amerykańskiej wersji Katynia. Musi dobierać ostrożnych wyrażeń i sformułowań. Wystarczy jednak wczytać się uważnie w ten list, by uchwycić jego bardzo jednoznaczny, demaskujący morderców hitlerowskich oraz amerykańskich naśladowców Goebbelsa sens.

"...Pewne bezsporne fakty - pisze Ferencz - wynikają ze zdobytych ściśle tajnych raportów niemieckiej policji bezpieczeństwa. Specjalne oddziały niszczycielskie SS (Einsatzgruppen - dopisek Ferencza), z kwaterą główną w Smoleńsku, doniosły, że w okresie sięgającym mniej więcej do 31 lipca 1941 roku zlikwidowały 11 084 Żydów oraz innych "niepożądanych elementów" w przeszło 30 miejscowościach w pobliżu Katynia. Dwa miesiące później (tj. we wrześniu, kiedy rozpoczęła się masakra oficerów polskich - B. W.) ogólna liczba straconych, wg raportów SS, wzrosła do 30 094. Przeprowadzenie śledztwa wśród członków Einsatzgruppen, którzy obecnie w Niemczech Zachodnich przebywają na wolności, mogłoby się okazać interesujące. Beniamin B. Ferencz, Norymberga, 7 marca 1952 roku".

Nie ma obawy! Władze amerykańskie nie będą niepokoiły morderców z Einsatzgruppen. A gdyby nawet, co jest oczywiście wielce nieprawdopodobne, SS-owscy zabójcy dziesiątków tysięcy ludzi spod Smoleńska sami zażądali przesłuchania w celu ujawnienia prawdy - członkowie "katyńskiej" Komisji Kongresu USA pokornie błagać ich będą, aby zechcieli nadal podtrzymywać katyńską prowokację w wersji goebbelsowskiej i... amerykańskiej.

Nie pierwszy raz mordowali hitlerowcy polskich jeńców wojennych, choć dotychczas nie robili tego na taką skalę. Już 10.10.1939 r. w obozie w Bielsku zastrzelili - przed frontem całej polskiej kompanii jenieckiej - trzech żołnierzy, których "przestępstwem" było, że wstąpili do wojska jako ochotnicy. Również jesienią 1939 r. w obozie położonym w dawnym Konau nad Bobrem (dopływ Odry) hitlerowcy znęcali się masowo nad jeńcami polskimi, wyłupując żołnierzom polskim oczy, łamiąc im żebra, ręce, nogi - w czym specjalnie odznaczyli się porucznik Schinke i sierżant Grau. Nastąpiły wskutek tego wśród jeńców liczne wypadki samobójstwa i obłędu (Protokoły Procesu Norymberskiego, t. VII, wyd. cyt., str. 428-429).

Radziecki prokurator Pokrowski przedstawił Trybunałowi Norymberskiemu m. in. sprawozdanie rządu polskiego, świadczące o polityce hitlerowców w stosunku do jeńców polskich.

"Kiedy oficerowie polscy i wojskowi innych stopni powrócili z niemieckich obozów jenieckich - brzmiało sprawozdanie rządu polskiego - ustalono dalsze szczegóły, dotyczące warunków, które panowały w przeważającej mierze w obozach jenieckich. Wszystkie te dane dowodzą w sposób bezsporny istnienia określonej linii politycznej, specjalnych instrukcji i rozkazów w odniesieniu do polskich jeńców. Złe traktowanie, brutalność i nieludzkie warunki były zjawiskiem powszednim. Często zdarzały się morderstwa i wypadki ciężkiego uszkodzenia ciała. Załącza się opis przykładów, zeznanych pod przysięgą przez świadków". (Tamże, str. 428).

W Katyniu - z przyczyn, o których będzie mowa - hitlerowcy przystąpili do masowej już zagłady wielotysięcznej grupy oficerów polskich. Katyń był jednym z licznych ogniw w straszliwie długim, bezkresnym łańcuchu hitlerowskich mordów masowych tego samego typu. Katyń był jednym z licznych epizodów masowej rzezi jeńców wojennych, podjętej na froncie wschodnim przez Hitlera, Himmlera i dowództwo Wehrmachtu. Właśnie na jesień 1941 roku oraz na zimę 1941-1942 r. (Por. Biuletyn Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, t. V, str. 137) - a więc na okres masowej egzekucji oficerów polskich w Katyniu (wrzesień - grudzień 1941 r.) - przypadło największe nasilenie tej potwornej, nakazanej przez najwyższe czynniki hitlerowskie akcji zagłady. Akcji zagłady, która - realizowana z bestialską bezwzględnością - pociągnęła za sobą śmierć setek tysięcy, milionów młodych, zdrowych mężczyzn.

Jesienią 1941 roku w Smoleńsku i jego najbliższej okolicy zagładzie uległo 60 000 mieszkańców i jeńców radzieckich z obozu Nr 126 oraz spośród jeńców ściągniętych tam z Wiaźmy. (Protokoły Procesu Norymberskiego, tom VII, wyd. cyt., str. 370).

W Rawie Ruskiej (pod Lwowem) hitlerowcy rozstrzelali lub zgładzili w wyrafinowany sposób tysiące jeńców radzieckich i francuskich, przy czym zwłoki pochowali w grobach masowych - po 300 do 400 w każdym. Niektóre z mogił zamaskowali krzakami i trawą. (Tamże, str, 373). Jak w Katyniu.

Opracowane z naukową ścisłością sprawozdania Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce zawierają wstrząsające fakty ludobójstwa, popełnionego przez hitlerowców na jeńcach wojennych na terenie Polski.

W Dęblinie - "stalag 307" - hitlerowcy unicestwili co najmniej 80 000 jeńców radzieckich. Zwłoki przewożono specjalnie założoną kolejką do rowu, mierzącego 6 metrów głębokości i obejmującego powierzchnię 7 000 metrów kwadratowych. Olbrzymi ten grób całkowicie wypełniony został zimą 1941-1942 roku. Wówczas hitlerowcy wysadzili część przylegających do rowu wałów i zmusili pozostałych przy życiu jeńców do wykonania nasypu wysokości ponad dwóch metrów. Jak w Katyniu.

W kompleksie obozów koło Ostrowia Mazowieckiego unicestwili hitlerowcy dziesiątki tysięcy jeńców radzieckich. W okolicy wsi Grondy odkryto około 41 000 zwłok, w obozie w Komorowie - około 24 000 zwłok, we wsi Guty - około 1800 zwłok, przy czym czaszki ofiar były przestrzelone. Jak w Katyniu.

W kombinacie obozów jenieckich wokół wsi Suchożebry (15 km na północ od Siedlec) ekshumowano około 18 000 zwłok jeńców radzieckich zamordowanych przez hitlerowskich ludobójców.

W obozach w Chełmie, w obozie w Siedlcach, w obozie w Ostrówku (powiat węgrowski), w obozie we wsi Sielczyk (powiat Biała Podlaska), w trzech obozach Zamościa, w obozie w Kielcach - a ileż spośród tych obozów pomijamy! - odkryto dziesiątki tysięcy zwłok jeńców radzieckich, zgładzonych przez hitlerowców. A iluż znalazło śmierć w komorach gazowych Oświęcimia, Stutthofu i Majdanka!

Ustalone zostało z całą pewnością, iż łącznie - na terenie samej tylko Polski - hitlerowcy unicestwili 484 000 - blisko pół miliona - jeńców radzieckich! Przy czym ogromna większość zginęła jesienią 1941 r. i zimą 1941-42 r. (Wszystkie fakty i dane zaczerpnięte z Biuletynu Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, t. V, str. 125-170).

O rozmiarach zbrodni ludobójstwa, z pełną świadomością dokonywanej na jeńcach wojennych przez hitlerowców, świadczy m. in. fragment z protokołu konferencji przedstawicieli "Einsatzgruppen", zatrudnionych w stalagach. Konferencja ta odbyła się w Lublinie w dniu 27.01.1943 r. - na dwa mniej więcej miesiące przed katyńską prowokacją Goebbelsa.

Na tej naradzie ludobójców SS-Hauptsturmfuehrer Koenigshaus z Departamentu IV przy RSHA oświadczył z dumą, iż "od początku wojny z Rosją zmarło dwa miliony radzieckich jeńców wojennych". SS-Hauptsturmfuehrer Koenigshaus wolał przypisać tę masową zagładę jeńców wojennych wyłącznie chorobom... Jaka zaś była prawda, przed którą cofa się normalna wyobraźnia ludzka - świadczą m. in. fragmenty odnalezionej korespondencji morderców oraz relacje Polaków, naocznych świadków, spisane przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce (Por. Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, t. I, str. 305-314).

Obergefreiter F. P. (Feldpost - poczta polowa) 06100 Bz. z Chełma pisze w dniu 6.10.1941 r. - w Katyniu trwa masakra oficerów polskich - do gefreitra F. P. 95150:

"Mamy tu (w Chełmie - B. W.) olbrzymi obóz jeńców. W "lagrach" 1 i 2 w samym mieście znajduje się 90 000 tej zgrai. W "lagrze" 3 jest ich 60 000, w tym szarże od podoficerów do najwyższego dowództwa. Niestety, nie wszystko wolno pisać..."

F. P. 37813 E z Chełma do F. P. 27884 w dniu 14.10.1941 r.:

"Jeńcy żydowscy są natychmiast rozstrzeliwani, przy czym muszą wykopać sobie dół. Potem wiąże się ich po pięciu i tak strzela, by zaraz wpadli w dół. Dziennie odbywa się 300-400 takich egzekucji".

St. Grabowsky F. P. 29322 pisze w dn. 6.10.1941 r. do F. P. 35185 A:

"Rosjanie zdychają w naszych oczach jak bydło. Mamy właśnie rozstrzelać 4 000 Rosjan. Grób masowy właśnie kopią. Nie wiem jeszcze, jak to się robi: karabinami maszynowymi czy zwykłymi".

Nie! Ani karabinami maszynowymi ani zwykłymi. Po prostu - strzałem w tył czaszki z pistoletów kalibru 7.65 mm, naładowanych amunicją marki GECO (Gustaw Genschow & Co, Durlach koło Karlsruhe, Badenia). Jak w Katyniu.

Na posiedzeniu Trybunału Norymberskiego z dnia 18.02.1946 r. wiceprokurator radziecki, Smirnow, zademonstrował szereg autentycznych zdjęć, znalezionych w ręku hitlerowców lub w archiwach hitlerowskich, a przedstawiających typowe metody hitlerowskich egzekucji masowych. Wyświetlając zdjęcie oznaczone kolejnym numerem 3, wiceprokurator Smirnow oświadczył: "Takie zdjęcie migawkowe zrobione zostało w chwili wykonywania egzekucji. Zabójstwo popełnione jest w stylu typowo hitlerowskim, tj. przez strzał w kark. Proszę zauważyć, że ofiary krzyczą w chwili zadawania im śmierci". (Protokoły Procesu Norymberskiego, tom VII, wyd. cyt., str. 548).

***

Oto fakty - zarówno samo wymordowanie oficerów polskich (wrzesień - grudzień 1941 r.) jak i późniejsza prowokacją goebbelsowska (kwiecień 1943 r.), zmierzająca do przypisania tej hitlerowskiej zbrodni Związkowi Radzieckiemu, pogromcy hitlerowskich ludobójców - wiązały się ściśle z założeniami polityki imperializmu niemieckiego wobec narodu polskiego i narodów ZSRR oraz ze stosunkiem III Rzeszy do jeńców wojennych w Europie Wschodniej.

Ale i masakra oficerów polskich w Katyniu i prowokacja katyńska Goebbelsa wynikały ponadto z określonych przyczyn, osadzonych mocno w konkretnej sytuacji polityczno-wojskowej III Rzeszy w roku 1941 oraz w roku 1943. A sytuacja ta zmieniła się dla III Rzeszy - w okresie od jesieni 1941 roku do wiosny 1943 roku - w sposób radykalny. W sposób - dla władców III Rzeszy zatrważający.

 


 

Rozdział IV. DLACZEGO KATYŃ W 1941 ROKU?

Latem i wczesną jesienią 1941 roku III Rzesza wydaje się być u szczytów potęgi i sukcesów wojskowych. Cała - z wyjątkiem Związku Radzieckiego - Europa kontynentalna, ujarzmiona przez Hitlera, pracuje dla hitlerowskiej machiny wojennej, która w dniu 22 czerwca 1941 r. runęła na Związek Radziecki. Propaganda hitlerowska dniem i nocą powtarza z właściwą imperialistom chełpliwością, że jest to - po zwycięskiej i szybkiej kampanii w Europie Zachodniej z roku 1940 - drugie wydanie "blitzkriegu" ("wojny błyskawicznej"). "Fuehrer prowadzi krucjatę antybolszewicką z chronometrem w ręku" - powtarza dniem i nocą propaganda Goebbelsa.

III Rzesza wydaje się zatem być u szczytu potęgi. W rzeczywistości jednak tę największą w dziejach machinę wojenną kapitalizmu poczęła już niszczyć młoda, niezmożona siła odradzająca świat: Kraj Rewolucji Socjalistycznej. Mimo pierwszych sukcesów napastnika staje się coraz bardziej widoczne, że tym razem "blitzkriegu" nie będzie. Że "niezwyciężony" ponoć Wehrmacht starł się tym razem z armią, która nawet kiedy się w pierwszym etapie cofała, nie przestawała bić. Nie przestawała zadawać straszliwych ciosów wrogowi uzbrojonemu po zęby i opancerzonemu nie tylko stalą, ale również prawie dwuletnim doświadczeniem drugiej wojny światowej.

Stopniowo, lecz coraz częściej, prasa i radio hitlerowskie zaczynają przebąkiwać o "absurdalnym (!) bohaterstwie żołnierza radzieckiego", o "bezrozumnym (!), dzikim uporze bolszewików", o "diabelskiej (!) wytrwałości i zręczności..."

"Wojna na Wschodzie - wyznał z melancholią już pod koniec lipca, a więc po miesiącu tryumfalnych fanfar hitlerowski dziennik Frankfurter Zeitung - rozwinęła się w sposób całkowicie odmienny od wojny, którą prowadziliśmy w roku ubiegłym (1940 - B. W.) na Zachodzie. Stała się wojną najbardziej w dziejach ryzykowną". (Cyt. Wg M. Hodena, Chronique des evenements mondiaux, t. II, str. 79).

Wkrótce też - na początku października 1941 roku - Goebbels w Das Reich rzuci pierwszy okrzyk trwogi hitleryzmu: "... Ta wojna jest naszą ostatnią szansą..." (Tamże, str. 145). Na razie jednak jesteśmy w lipcu 1941 r., kiedy element zaskoczenia jeszcze gra na rzecz napastnika i pancerna machina hitlerowska stosunkowo szybko prze naprzód.

Właśnie w lipcu 1941 roku dowództwo hitlerowskie podjęło, zmasowawszy dziesiątki dywizji pancernych, niezwykle silną ofensywę na wrota Moskwy - Smoleńsk. W odległości zaś od 25 do 45 km na zachód od Smoleńska w obozach Nr 1-ON, Nr 2-ON, Nr 3-ON przebywała internowana tam grupa oficerów i żołnierzy polskich. W warunkach szybkiej wojny ruchomej, przy ogromnym przeciążeniu linii komunikacyjnych, władzom radzieckim nie udaje się zmobilizować wagonów dla ewakuowania internowanych oficerów polskich. Na domiar złego hitlerowcy przerywają front i odcinają obozy internowanych oficerów od Smoleńska, który również zajęty zostaje wkrótce przez wroga. W ten sposób hitlerowski Wehrmacht zagarnął w lipcu 1941 roku wielotysięczną grupę oficerów polskich.

Jest lipiec 1941 roku. Hitlerowska polityka zagłady narodu polskiego, a przede wszystkim inteligencji polskiej nie tylko została już dawno opracowana przez kierownictwo III Rzeszy, ale jest już od wielu miesięcy w pełni realizowana w "Generalnej Guberni". Co więcej, do oficerów polskich wziętych do niewoli na froncie wschodnim stosują się w pełni ludobójcze dyrektywy fuehrera.

Dowódcą armii "grupa środkowa" (Gruppe Mitte), operującej między innymi pod Smoleńskiem, był w roku 1941 hitlerowski marszałek polny von Bock. W czasie procesu norymberskiego, porucznik Reinhard von Eichborn, podwładny płk. Ahrensa - szefa jednostki 537, której sztab mieścił się w willi na "Kozich Górach" w lesie Katyńskim - zeznał, iż był świadkiem dyskusji między feldmarszałkiem von Bockiem i feldmarszałkiem von Kluge na temat dyrektywy Hitlera, dotyczącej rozstrzeliwania "pewnych jeńców wojennych". (Protokoły Procesu Norymberskiego, t. XVII, str. 308-309, wyd. w jęz. ang.). Według von Eichborna - prawnika z wykształcenia, którego zeznania zmierzały wyraźnie do wybielenia OKW - "obydwaj panowie" mieli krytykować rozkaz rozstrzeliwania jeńców wojennych, a to "ze względu na dyscyplinę wojsk" (hitlerowskich". (Widzieliśmy jednak, że OKW zgodnie współdziałało w akcji zagłady jeńców wojennych wziętych na froncie wschodnim).

Wiceprokurator radziecki, Smirnow, przedstawił Trybunałowi dokumenty, z których wynika, iż w Smoleńsku stacjonowały:

1) SS-owska "Einsatzgruppe B", obejmująca "Sonderkommandos" 7-A, 7-B, 8 i 9 oraz

2) specjalna formacja SS-owska nazwana zawczasu - w oczekiwaniu wyznaczonego przez Hitlera dnia wkroczenia do Moskwy - "Sonderkommando Moskau".

Zadaniem obydwu tych formacji było przeprowadzanie - w ścisłym współdziałaniu z Wehrmachtem - masowych mordów w obozach. Specjalnym - i nieco przedwcześnie wyznaczonym - zadaniem "Sonderkommando Moskau" było dokonywanie masowych egzekucji w Moskwie. (Protokoły Procesu Norymberskiego, t. XVII, wyd. cyt., str. 305-307).

W oczekiwaniu tego dnia, który nigdy nie nadszedł, obydwie formacje stacjonujące w Smoleńsku masakrowały jeńców wojennych w okolicznych obozach oraz ludność cywilną. Wykonywały w ten sposób ścisłe rozkazy, m. in. rozkaz bezpośrednio skierowany również do nich, a przedstawiony Trybunałowi Norymberskiemu przez wiceprokuratora radzieckiego, Smirnowa/ (Tamże. Dokument oznaczony jest jako Dokument Procesu Norymberskiego ZSRR - 3 i nosi tytuł "Specjalne dyrektywy rządu hitlerowskiego dotyczące zagłady jeńców wojennych").

Nagłówek rozkazu brzmi: "Berlin, 29 października 1941 r. Szef Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa. Ściśle tajne. Pilne. Rozkaz operacyjny Nr 14".

Powołując się na uprzednio wydane rozkazy z dnia 17 lipca 1941 roku i z dnia 12 września 1941 roku rozkaz - w najistotniejszej swej części głosi:

"W załączniku do niniejszego przesyłam instrukcje dotyczące ewakuowania sowieckich więźniów cywilnych i jeńców wojennych - ze stałych obozów jenieckich oraz z obozów przejściowych na tyłach Armii...

Instrukcje niniejsze opracowane zostały wespół z Naczelnym Dowództwem Armii. Naczelne Dowództwo Armii zawiadomiło o tym zarówno dowódców poszczególnych armii (grup na tyłach jak i miejscowych dowódców obozów jenieckich i obozów przejściowych.

Grupy operacyjne - zależnie od wielkości obozu znajdującego się na ich terytorium - wydzielają oddziały do zadań specjalnych ("Sonderkommandos") o wystarczającej sile pod dowództwem SS-owskim... Poleca się oddziałom specjalnym ("Sonderkommandos") bezzwłocznie przystąpić do dzieła w obozach.

"...Podkreślam z naciskiem, że rozkazy operacyjne Nr 8 i 14 podobnie jak załącznik do niniejszego winny być natychmiast zniszczone w wypadku bezpośredniego zagrożenia". (Tamże, str. 307).

Do tych wszystkich zasadniczych instrukcji, dotyczących zgładzania "pewnych grup jeńców wojennych"; do tych instrukcji, które dotarły również i przede wszystkim do "Einsatzgruppe B" i "Sonderkommando Moskau", stacjonujących w Smoleńsku - do tych instrukcji ogólnych dochodziły ponadto, w odniesieniu do pojmanych pod Smoleńskiem oficerów polskich, względy polityczne specjalne, związane ściśle z ówczesną sytuacją, a zwłaszcza z nowym ukształtowaniem się stosunków polsko-radzieckich.

Nie zapominajmy, że 30 lipca 1941 roku rząd Sikorskiego podpisał układ ze Związkiem Radzieckim, który przewidywał solidarną walkę przeciwko hitlerowskiej Rzeszy oraz utworzenie armii polskiej na terenie ZSRR. W tej ostatniej sprawie zawarta została dodatkowa umowa wojskowa, podpisana w dniu 14 sierpnia 1941 roku. I już we wrześniu rozpoczęło się na terytorium ZSRR formowanie armii polskiej, do której zaczęły napływać tysiące polskich oficerów i żołnierzy z obozów, gdzie przebywali uprzednio jako internowani. W połowie sierpnia tegoż roku odbył się w Moskwie Kongres Słowiański, na którym wszyscy uczestnicy - m. in. Polacy - zgodnie podkreślali niebezpieczeństwo zagłady grożące narodom słowiańskim ze strony hitlerowców oraz konieczność solidarnej walki przeciw hitleryzmowi.

"Świat słowiański - oświadczył na Kongresie wielki pisarz radziecki, Aleksy Tołstoj - winien się zjednoczyć w celu możliwie szybkiego i ostatecznego rozgromienia niemieckiego faszyzmu".

We wrześniu 1941 roku zaczyna się tworzyć na terytorium ZSRR armia polska - i we wrześniu 1941 roku rozpoczyna się w okupowanym przez hitlerowców Katyniu masakra jeńców-Polaków. Hitlerowcy, nawet gdyby nie kierowali się wtedy zasadą masowego unicestwiania jeńców wojennych na froncie wschodnim, nie zawahaliby się tej zbrodni popełnić. A przecież się tą zasadą kierowali!

Już wtedy, we wrześniu 1941 roku, mieli aż nadto dotkliwą świadomość groźnej, śmiertelnej dla nich siły Związku Radzieckiego, która wzbudziła drżenie radosnej nadziei w Polsce i w pozostałych krajach przygniecionych okupacją niemiecką. Hitlerowcy mogli się obawiać, że pojmani przez nich oficerowie polscy będą próbowali zbiec i wzmocnić kadrę tworzącej się w ZSRR armii polskiej. Przewieźć jeńców daleko za front, na teren Generalnej Guberni czy Reichu? Ależ to byłoby całkowicie sprzeczne z realizowaną przez Franka, już niemal od dwóch lat, polityką eksterminacji polskiej inteligencji i narodu polskiego w ogóle.

Cóż znaczyło dla hitlerowców, którzy w Polsce wtedy już setki tysięcy Polaków wymordowali - i mordować nie przestawali - cóż dla nich znaczyło wymordowanie i to w bezpośredniej bliskości frontu, w zamęcie wojny, na ziemi radzieckiej, 11 tysięcy oficerów i żołnierzy polskich?!

...I począwszy od września 1941 roku sztab pewnej jednostki armii ("grupa środkowa"), jednostki zwanej 537 pułkiem wojsk rzekomo łączności, dowodzonej przez pułkownika Ahrensa - sztab tej jednostki mieszczący się w willi na "Kozich Górach" w lesie Katyńskim, rozpoczął masowe rozstrzeliwanie jeńców polskich.

Rozpoczął masowe rozstrzeliwanie jeńców polskich w ścisłym współdziałaniu ze stacjonującymi w Smoleńsku SS-manami z "Einsatzgruppe B" (obejmującej Sonderkommandos 7-A, 7-B, 8 i 9) oraz w ścisłym współdziałaniu z formacją, zwaną nieco przedwcześnie "Sonderkommando Moskau".

Rozpoczął masowe rozstrzeliwanie jeńców-Polaków w lesie Katyńskim. W lesie Katyńskim, który przed najazdem hitlerowskim, tj. do dnia 22 czerwca 1941 roku, był miejscem wycieczek i spacerów ludności Smoleńska. W lesie Katyńskim, do którego wstęp za okupacji hitlerowskiej pociągał - jeśli się nie miało specjalnego zezwolenia - rozstrzelanie na miejscu.

***

Dniem i nocą - dniami i nocami września, października, listopada, grudnia 1941 roku - huczał las Katyński, huczał motorami wielkich samochodów ciężarowych, którymi hitlerowcy zwozili tam oficerów polskich z szosy Smoleńsk-Witebsk. Kiedy motory milkły, rozlegało się wielokrotne, chrapliwe: "Rrraus!!!" Opróżniały się kolejno wielkie samochody ciężarowe. Niektórzy spośród przywiezionych próbowali stawiać opór. Wiązano im ręce lub zarzucano worki na głowę.

A potem - trzask. Wielokrotny, suchy trzask jak gdyby bicza: trzask pistoletów. Kalibru 7,65 mm. Ładowanych kulami marki GECO: Gustaw Genschow & Co, Durlach, koło Karlsruhe, Badenia. Strzelali w kark. W stylu typowo hitlerowskim. Potem ci z "Sonderkommandos" albo powracali do Smoleńska, albo częściowo pozostawali i wraz z tymi ze sztabu 537 pułku "łączności" szli do willi na "Kozich Górach" niedaleko Dniepru. Myli się. "Alles in Ordnung". Zmywali niekiedy ślady krwi z rękawa. "Alles in Ordnung". Potem jedli. Potem pili. Pili dużo. Potem szli spać.

Sprowadzeni z obozu Nr 126 jeńcy radzieccy kopali rowy, długie i głębokie - podobne do tych, które kopano w Dęblinie dla jeńców radzieckich. Układali zwłoki oficerów polskich, zasypywali groby, sadzili na nich dla niepoznaki, na rozkaz hitlerowców, sosenki i wtedy - wtedy sami padali od kuli hitlerowskiej. "Alles in Ordnung".

Zdarzyło się, że któryś z hitlerowskich siepaczy - puszczając być może wodze "sentymentalnej" fantazji - postawił krzyż na jednym z pagórków utworzonych przez masowe mogiły polskich oficerów. Ostatecznie, w Katyniu toczyły się przecież walki w lipcu 1941 r. i krzyż w tej okolicy nie powinien był znowu tak bardzo dziwić.

Tak zapewne rozumował ów zbir hitlerowski, który uniesiony sentymentalną fantazją postawił krzyż na jednej z mogił swoich ofiar. Zobaczymy, jak ten krzyż wypłynie znacznie później w zawiłych zeznaniach, które pułkownik Ahrens składać będzie w 1946 r. przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze - i ile kłopotu sprawi temu b. dowódcy jednostki "saperskiej" czy - jak się upierał - 537 jednostki "łączności", której sztab stacjonował w lesie Katyńskim.

***

"Tutaj w lesie Katyńskim, jesienią 1941 roku, zezwierzęceni bandyci hitlerowscy rozstrzelali 11 000 jeńców wojennych - żołnierzy i oficerów polskich. Żołnierzu Czerwonej Armii, pomścij ich!"

Taki napis umieścił na wielkiej tablicy przed lasem Katyńskim radziecki towarzysz broni żołnierza polskiego, skoro tylko Czerwona Armia przegnała ludobójców hitlerowskich z okolic Smoleńska we wrześniu 1943 roku. I pomścił żołnierz Czerwonej Armii śmierć pomordowanych przez hitlerowskich ludobójców oficerów i żołnierzy polskich.

***

Tymczasem jednak cofnijmy się do kwietnia 1943 roku, okresu, kiedy Goebbels puszcza w świat hitlerowską prowokację katyńską.

 


 

Rozdział V. DLACZEGO KATYŃ W 1943 ROKU?

Bitwa, która toczyła się o Stalingrad, w Stalingradzie i w rejonie Stalingradu (4 września 1942 r. - 2 lutego 1943 r.), niewątpliwie rozstrzygnęła losy drugiej wojny światowej - i III Rzeszy. Szósta armia hitlerowska - elita Wehrmachtu - została zdruzgotana w stalowych kleszczach wojsk radzieckich, kierowanych genialną myślą strategiczną i wolą Stalina, dowodzonych przez syna robotniczej Warszawy, marszałka Rokossowskiego.

Niczym i nigdzie i nigdy więcej III Rzesza nie zdoła powetować straszliwej klęski pod Stalingradem. Niczym nie wyrówna poniesionych tam w wyborowych swych wojskach strat. Nigdy już się nie podźwignie po ciosach spod Stalingradu. "To była największa klęska, jaką Niemcy poniosły w czasie wojny... Dziesiątki niemieckich dywizji stały się cieniem i setki tysięcy najlepszych wojsk (hitlerowskich - B. W.), które odnosiły zwycięstwa wszędzie w Europie, zostały unicestwione lub wzięte do niewoli" - pisze brytyjski, reakcyjny, antyradziecki komentator wojskowy Cyril Falls (The Second World War, Londyn, 1948, str. 137-139).

Okupione bezprzykładnym bohaterstwem żołnierza radzieckiego i bezprzykładnie ofiarną pracą narodów Kraju Rad - zwycięstwo stalingradzkie zabłysło nad krajami udręczonymi przez hitlerowskich ludobójców jak jutrzenka wolności. Przejęte trwogą kierownictwo III Rzeszy zaczęło gorączkowo szukać ratunku. Przede wszystkim - w prowokacji. W prowokacji, którą hitleryzm podniósł przecież - jak widzieliśmy - do godności szeroko rozbudowanego systemu.

Słowem: po klęsce pod Stalingradem miejsce "błyskawicznej wojny" zająć miała - w strategii hitlerowskiej - "błyskawiczna prowokacja". Jakie były cele takiej "błyskawicznej prowokacji", wczesną wiosną 1943 roku?

1) Zohydzenie w oczach opinii światowej zwycięzcy spod Stalingradu, otoczonego podziwem i wdzięcznością narodów. 2) Odwrócenie uwagi od hitlerowskich zbrodni ludobójstwa, wzmagających gniew narodów przeciw III Rzeszy. 3) Niedopuszczenie do utworzenia rzeczywistego drugiego frontu, z czym zresztą same rządy USA i Wielkiej Brytanii zwlekały już od dwóch niemal lat w sposób wielce podejrzany, a dla hitlerowców bardzo zachęcający. 4) Wywołanie ostatecznego rozłamu w łonie antyhitlerowskiej koalicji. 5) Zawarcie odrębnego pokoju z USA i W. Brytanią w celu kontynuowania, wespół z USA i W. Brytanią hitlerowskiej wojny przeciw Związkowi Radzieckiemu. 6) Pozyskanie - po wszystkich popełnionych w Polsce zbrodniach! - sympatii narodu polskiego i ewentualne utworzenie "polskiego legionu antybolszewickiego".

Wyliczyliśmy cele, a nie określiliśmy jeszcze dokładnie, jaka prowokacja miała tym celom służyć. Ale hitlerowcy zawsze rozpoczynali od ustalenia najpilniejszego dla nich w danej chwili celu, a dopiero potem dobierali, w swym zawsze bogato zaopatrzonym arsenale prowokacji, właściwą prowokację, tj. taką, która w ich mniemaniu powinna była wywołać potrzebny w danym okresie skutek i zbliżyć ich przez to do zamierzonego celu.

Czy powyżej wyliczone cele, które kierownictwo III Rzeszy, przerażone klęską pod Stalingradem, zamierzało osiągnąć za pomocą prowokacji, były - po Stalingradzie - zgoła nierealne? Nie. Właśnie po klęsce stalingradzkiej kierownictwo III Rzeszy miało wiele podstaw, aby sądzić, iż te cele osiągnie. Stalingrad bowiem wzbudził przerażenie nie tylko u hitlerowców. Stalingrad - paradoks jest tylko pozorny - wzmógł również obawy pewnych kół w USA i W. Brytanii, wzmógł nienawiść kół reakcyjnych w USA i W. Brytanii do Związku Radzieckiego i, co za tym idzie, wzmógł tendencje do nietworzenia drugiego frontu i do ratowania III Rzeszy przez zawarcie z nią odrębnego pokoju. Rachuby hitlerowców nie były więc całkowicie pozbawione podstaw. Więcej: rachuby hitlerowców były w pewnym stopniu uzasadnione. W jak wielkim stopniu - świadczą ujawnione już po wojnie fakty i dokumenty.

W październiku 1942 roku - w okresie kiedy w Stalingradzie ważyły się losy wojny, w okresie kiedy bohaterstwo narodów radzieckich ratowało świat przed ludobójcami hitlerowskimi - Winston Churchill pisał w tajnym memorandum:

"Jakkolwiek trudne byłoby to dziś do stwierdzenia, wierzę, że rodzina europejska może działać jednolicie w ramach jednej Rady Europejskiej. W przeciwnym razie grozi nam niezmierzona klęska, jeśli barbaria rosyjska rozciągnie się nad kulturą i niezawisłością starych państw Europy" (tj. po prostu mówiąc, jeśli w rezultacie klęski hitleryzmu kapitalizm światowy osłabnie - B. W.). [Tajne memorandum Churchilla ujawnił - z upoważnienia i na polecenie Churchilla - Harold Mac Millan w dniu 5 września 1949 r. na tzw. Radzie Europejskiej w Strasburgu. Mac Millan, który obecnie jest członkiem rządu brytyjskiego, sprecyzował przy tym, iż Churchill w swym memorandum miał na myśli - w październiku 1942 roku! - "zjednoczenie Europy Zachodniej (kapitalistycznej) z udziałem Niemiec"... Warto przypomnieć, że prawda o stanowisku Churchilla przesączała się na zewnątrz nawet w czasie wojny. W przededniu wyjazdu Churchilla do Moskwy 17.08.1942 r. pisał londyński reakcyjny Catholic Herald: "Znaczna (czytaj: reakcyjna - B. W.) część opinii publicznej, a w jej liczbie i sam premier traktują nasz sojusz z ZSRR jako nieprzyjemną konieczność" (Podkreślenia moje. Cyt. Wg J. Baumiera, Od Hitlera do Trumana, "Czytelnik" 1951, str. 61).]

Tak pisał Winston Churchill w październiku 1942 roku - ten sam Churchill, który w dwa lata później, w grudniu 1944 roku, kornie błagać będzie "barbarię rosyjską", aby przez wcześniejsze rozpoczęcie ofensywy na froncie wschodnim uratowała od klęski połączone armie Eisenhowera i Montgomery'ego, gromione przez znikomą część Wehrmachtu, którą von Rundstedt dysponował na froncie zachodnim.

Powie ktoś: ale o tajnym memoriale Churchilla hitlerowcy przecież nie wiedzieli. Być może. Za to wiedzieli i to bardzo dokładnie o wielu innych posunięciach, wskazujących na wyraźną gotowość pewnych kół w USA i W. Brytanii "dogadania się" z III Rzeszą. Wiedzieli również o rysach w koalicji antyhitlerowskiej i znali sposoby rozszerzania tych rys w szczeliny, ba, w wyłom... W tym celu apelowali przede wszystkim - i stale - do antykomunistycznych i antyradzieckich tendencji zawsze żywych wśród reakcji europejskiej i amerykańskiej.

"...Prawdziwym niebezpieczeństwem dla obydwu stron wojujących (tj. dla Anglii i USA oraz dla hitlerowskich Niemiec i faszystowskich Włoch - B. W.) - jest Rosja Sowiecka. Jeśli alianci (zachodni) nie rozumieją tego dzisiaj, zrozumieją na pewno jutro" - pisał nazajutrz po klęsce pod Stalingradem herold faszyzmu Wirginio Gayda. (Cyt. Wg J. Baumiera, Od Hitlera do Trumana, "Czytelnik" 1951, str. 62-63".

I w lutym 1943 r., właśnie w lutym, bezpośrednio po wspaniałym zwycięstwie pod Stalingradem - mister Allen Dulles, ówczesny szef amerykańskiego wywiadu (OSS - Office of Strategic Services) a stały, wraz ze swoim bratem Johnem Fosterem Dullesem, mąż zaufania wielkich bankierów amerykańskich oraz jeden z zakulisowych reżyserów... wznowionej w 1952 r. przez Kongres USA prowokacji katyńskiej Goebbelsa - słowem mister Allen Dulles nawiązuje w lutym 1943 r. w Bernie (Szwajcaria) tajne rozmowy z księciem Hohenloe w sprawie zawarcia odrębnego pokoju z III Rzeszą. Wypada przy tym podkreślić, że Allen Dulles nie tylko prowadzi tajne rozmowy w sprawie odrębnego pokoju z III Rzeszą, ale od 1942 roku pozostaje w jak najściślejszym kontakcie z szefem Abwehry (hitlerowskiego kontrwywiadu), admirałem Canarisem - za pośrednictwem Hansa Giseviusa, agenta i przyjaciela admirała Canarisa.

(W zdobytych archiwach SD - Sicherheitsdienst - odnaleziono protokół rozmowy Allena Dullesa z księciem Hohenloe. Dulles oświadczył m. in.:

"Nigdy więcej w przyszłości nie dojdzie do tego, aby taki naród jak Niemcy był zmuszony do rozpaczliwych eksperymentów i musiał uciekać się do bohaterstwa na skutek nędzy i niesprawiedliwości... O rozczłonkowaniu Niemiec lub oderwaniu od nich Austrii - mowy być nie może... (On, Dulles) Zgadza się... na zorganizowanie systemów państwowych i gospodarczych Europy na zasadzie wielkich przestrzeni, sądząc, iż Federacyjne Wielkie Niemcy... wraz z sąsiadującą konfederacją dunajską stanowić będą najlepszą gwarancję ładu i odbudowy Europy środkowej i wschodniej"... (podkreślenie moje - B. W.).

Zwróćmy uwagę na całkowitą zbieżność terminologii, której używa rzecznik wielkiego kapitału USA - z terminologią hitlerowską:

1) III Rzesza zmuszona była rozpętać wojnę "na skutek niesprawiedliwości i nędzy"; 2) "Wielkie Niemcy", oczywiście przy udziale i pod kontrolą kapitalistów amerykańskich, powołane być mają do ustanowienia ładu - "nowego ładu" ("Neue Ordnung") - w Europie środkowej i wschodniej.

Nietrudno dostrzec, że te koncepcje wyłożone w tajnych rozmowach Allena Dullesa usiłuje dziś jawnie realizować rząd USA do spółki z odwetowcami z marionetkowego "rządu" Bonn. Jeden spośród wielu przykładów: w połowie marca 1952 r. Adenauer oświadczył publicznie na kongresie ewangelickich polityków CDU w Siegen, że "celem jego polityki jest zaprowadzenie nowego ładu we wschodniej Europie".

W tym samym czasie pełnomocnik Adenauera, kierownik bońskiego "Ministerstwa Spraw Zagranicznych", Hallstein, oświadczył na konferencji prasowej w Waszyngtonie: "Za ostateczny cel akcji zjednoczeniowej w Europie uważam zjednoczenie wszystkich części kontynentu europejskiego w kierunku wschodnim aż do Uralu..."

Jedyną wadą tego rodzaju koncepcji jest fakt, że Hitler już na niej złamał zęby. I to w sposób tak zdecydowany, że sztuczne szczęki made in USA nic tu nie poradzą.).

Z kontrwywiadem hitlerowskim współpracował nie tylko Allen Dulles. Bezpośrednio na usługach Canarisa pozostawali: b. przywódca ONR-u i szpieg Adam Doboszyński oraz - jak wykazał proces "Międzynarodówki Zdrajców" w Paryżu (luty i marzec 1952 r.) - płk. Jan Kowalewski, b. szef OZON-u oraz dotychczasowy mąż zaufania Andersa, Mikołajczyka, Kota i Bora-Komorowskiego.

W dniu 19 lutego 1952 r. toczył się przed sądem w Paryżu następujący dialog:

Adwokat Nordmann (obrońca postępowych pisarzy francuskich Renaud de Jouvenela i Andre Wurmsera) odczytuje fragmenty rozmowy przeprowadzonej w 1938 r. przez ówczesnego sanacyjnego ambasadora Lipskiego z Goeringiem w sprawie współpracy sanacyjnego wywiadu z wywiadem hitlerowskim. Adwokat pyta Kowalewskiego, czy może coś na ten temat powiedzieć.

Kowalewski: Nic nie wiem. Współpraca ta jest kłamstwem.

Adwokat Nordmann: Czy w Lizbonie w 1943 r. utrzymywał pan kontakty z wywiadem hitlerowskim?

Kowalewski: Chodzi o różnice w interpretacji (!). Można powiedzieć i tak i nie. Adwokat

Nordmann: Czy w 1943 r. odbywał pan tajne spotkania w swym mieszkaniu (w Lizbonie - B. W.) z niemieckim kapitanem Kramerem, oficerem łącznikowym admirała Canarisa?

Kowalewski: po dłuższych, wielce zawiłych wywodach przyznaje, że spotykał się z Kramerem.

Reakcja polska była cenną kartą w ręku hitlerowców i wiosną 1943 r. kierownictwo III Rzeszy posługuje się nią skwapliwie w celu poróżnienia - a na dalszą metę i rozbicia - koalicji antyhitlerowskiej. Zjednoczona w nienawiści do Związku Radzieckiego - i inspirowana przez wywiad hitlerowski - reakcja polska wypowiedziała wojnę polsko-radzieckiemu układowi z lipca 1941 r. niemal nazajutrz po jego zawarciu. W 1942 roku - w przededniu rozpoczęcia bitwy stalingradzkiej - Anders haniebnie zdezerterował, nakazując oddziałom polskiej armii, sformowanym w Związku Radzieckim i dzięki Związkowi Radzieckiemu, opuścić terytorium ZSRR. Od tej chwili trwa coraz bardziej zaciekła nagonka wstecznictwa polskiego na sojusz polsko-radziecki. Kampanii tej, wyraźnie idącej na rękę Hitlerowi, przewodzą wówczas Sosnkowski, Anders, Bielecki, Doboszyński.

Na krótko przed ogłoszeniem plugawej prowokacji Goebbelsa w sprawie Katynia, reakcja polska w Londynie wzmaga akcję "rewindykacyjną" w sprawie ziem ukraińskich i białoruskich, które przed wrześniem wchodziły w skład Polski. W lutym 1943 roku szpieg hitlerowski, Doboszyński, ogłasza - w dodatku nadzwyczajnym wydawanego przezeń pisma Walka - wykradziony (z pomocą hr. Grocholskiego) tekst noty radzieckiej. Agent Canarisa atakuje gwałtownie układ polsko-radziecki z lipca 1941 roku.

Zeznając w dn. 22.06.1949 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, Doboszyński przyznał, iż od rezydenta hitlerowskiego wywiadu w Lizbonie otrzymał m. in. następujące instrukcje:

"...Z początkiem roku 1942 - instrukcja wzmożenia ataków na Sikorskiego w oparciu o zarzut, że chce oddać Rosji ziemie wschodnie Polski. Jesień 1942 - instrukcja wysunięcia gen. Sosnkowskiego jako kontrkandydata przeciw gen. Sikorskiemu. Instrukcja poparcia pisma Wiadomości Polskie oraz wydawnictwa Mackiewicza. Koniec stycznia 1943 r. - instrukcja ogłoszenia noty sowieckiej z połowy stycznia 1943 r. i podjęcia próby obalenia Sikorskiego w oparciu o Komitet Zagraniczny Obozu Narodowego i sanację. Kwiecień 1943 - instrukcja o propagandzie w sprawie Katynia..." (Stenogram rozprawy sądowej Proces Adama Doboszyńskiego, str. 231-232).

Widzimy tedy, jak cennym narzędziem do rozsadzania jedności koalicji antyhitlerowskiej była dla hitlerowskiego kierownictwa reakcja polska. Inspirowaną przez wywiad hitlerowski kampanię wstecznictwa polskiego uważał Goebbels za bardzo ważny punkt zaczepienia dla "błyskawicznej prowokacji" - po klęsce pod Stalingradem. Na tle tej sytuacji oraz przytoczonych powyżej faktów i zeznań Doboszyńskiego staje się rzeczą w pełni zrozumiałą, dlaczego Goebbels pod datą 1 marca 1943 roku mógł z ogromną radością zanotować w swoich Pamiętnikach:

"Nasza propaganda antybolszewicka odnosi obecnie znakomite sukcesy. W Londynie najważniejsze dzienniki ostrzegają publiczność przed niebezpieczną propagandą osi, która zmierza tylko do siania niesnasek wśród sojuszników. Niesnaski te stały się już szczególnie widoczne. Waśń między Unią Sowiecką i Polską (tj. rządem londyńskim - B. W.) w sprawie przyszłych granic przekracza już normy możliwe do przyjęcia między sojusznikami w czasie wojny". (Le Journal du Dr Goebbels, Paryż, Editions du Cheval Aile, 1948, str. 239.).

I Goebbels - mistrz prowokacji hitlerowskiej - zaciera ręce. Pod datą 2 marca 1943 roku - do?ładnie w miesiąc po zlikwidowaniu VI Armii pod Stalingradem - Goebbels, w związku z naradą, którą odbył z Goeringiem w Obersaltzbergu, notuje tajemniczo w swoich Pamiętnikach:

"Nasza propaganda antybolszewicka stanowi wciąż wielki atut. Trzeba ją wzmóc, gdyż w tej dziedzinie możemy oczekiwać wielkich sukcesów. Dzielę się z Goeringiem swymi zamiarami w tej sprawie. Jest zdumiony, dowiadując się, cośmy już zdziałali w tym względzie i jakie są moje projekty na najbliższe tygodnie i miesiące". (Le Journal du Dr Goebbels, str. 243, podkreślenia moje - B. W.).

Pamiętniki Goebbelsa ogłoszone zostały po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych w roku 1948 - nakładem firmy "Doubleday and Company, Incorporated, New York", staraniem dziennikarza amerykańskiego Lochnera oraz niewątpliwie również i staraniem wywiadu amerykańskiego. Nie ulega wątpliwości, że oryginał hitlerowski został poddany starannym zabiegom... kosmetyki amerykańskiej. Na przykład fragmenty dotyczące "odkrycia" grobów katyńskich zredagowane zostały w taki sposób, ażeby czytelnik odniósł wrażenie, iż sam Goebbels został tym "odkryciem" zaskoczony, ba, przerażony - i że sprawcami zbrodni katyńskiej nie są hitlerowcy.

Jednakże fałszerstwo - Goebbelsa lub jego wydawców amerykańskich - jest oczywiste. Na przykład pierwsza wzmianka Goebbelsa o "odkryciu" grobów katyńskich, kiedy to Goebbels wyraża "oburzenie" i "przerażenie" - figuruje w Pamiętnikach pod datą 9 kwietnia 1943 r. Tymczasem oficjalny dokument hitlerowski o mordzie katyńskim (Amtliches Material zum Massenmord von Katyn) stwierdza, iż "urzędowe" badania rozpoczęto w początkach lutego 1943 r., oficjalny zaś rozkaz hitlerowskiego naczelnego dowództwa sił zbrojnych (OKW), dotyczący rozpoczęcia rozkopywania grobów nosi datę 29 marca 1943 r. (W rzeczywistości - jak zobaczymy - przygotowania sięgały znacznie odleglejszego czasu). Jest nie do pomyślenia, aby wszystko to działo się bez wiedzy i czynnego udziału Goebbelsa.

Dość powiedzieć, że pierwsza "wycieczka polska", organizowana przez hitlerowców z początkiem kwietnia, wyleciała do Smoleńska w dniu 10 kwietnia 1943 r. - jak stwierdza wydana przez klikę emigrancką książka Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów, str. 246 - a Goebbels miał się o Katyniu dowiedzieć "z przerażeniem" w dniu 9 kwietnia?

Tyle zatem akurat jest prawdy w "zaskoczeniu" i "oburzeniu" Goebbelsa, ile prawdy jest w jego twierdzeniu - czy też w podsuniętym mu w Pamiętnikach przez amerykańskich wydawców twierdzeniu - iż polskich oficerów "zamordowali Sowieci". Spoza szminki łajdackich kłamstw i fałszerstw wyziera jednak w Pamiętnikach Goebbelsa nie dająca się ukryć ani przeinaczyć prawda. Goebbelsowi, jednemu z głównych współautorów prowokacji katyńskiej, wymykają się co pewien czas - wbrew woli oraz mimo starań jego amerykańskich wydawców - wyznania nader wymowne. Niektóre z nich przytaczamy w niniejszej pracy. (Cytowane fragmenty Pamiętników Goebbelsa pochodzą z tłumaczenia francuskiego).

W dniu 13 kwietnia 1943 roku - "obróbka" grobów w Katyniu jest już zakończona i ukończone są przygotowania propagandowe do rozpętania prowokacji; sprowadzono do lasu Katyńskiego pierwsze "wycieczki" - w dniu 13 kwietnia 1943 r. bomba goebbelsowska wybuchła: radiostacja w Berlinie podaje wiadomość, że "miejscowa ludność wskazała władzom niemieckim" groby "10 000 polskich oficerów" wymordowanych, naturalnie, "przez GPU".

Maszyna propagandy hitlerowskiej zaczyna pracować na pełnych i przyspieszonych obrotach. Zgodnie z celami, które osiągnąć ma "błyskawiczna prowokacja", ludobójcy hitlerowscy, który ręce unurzane są po łokcie we krwi setek tysięcy, milionów Polaków, podnoszą ogłuszający wrzask antyradzieckich "oskarżeń". Jest to jedno z owych odrażających widowisk, w których celuje imperializm: ludobójca, stojąc nad otwartym grobem pomordowanych przez siebie ofiar, usiłuje raz jeszcze utuczyć się ich śmiercią, zbić kapitał polityczny z przelanej przez siebie krwi.

I w zupełnie tym samym stylu i zupełnie w tym samym stopniu prawdomówności, w jakim goebbelsowska propaganda "oskarżała" w roku 1940 naród polski i wojska polskie o "wymordowanie przeszło 58 tysięcy Niemców" oraz o znęcanie się nad... Wehrmachtem - w tym samym stylu i z równą "prawdomównością" i z równie "niezbitymi dowodami, dokumentami, fotografiami" w ręku "oskarżają" teraz Hitler i Goebbels swego pogromcę, Związek Radziecki, o "wymordowanie" oficerów polskich, których sami jesienią 1941 roku zgładzili.

Porównajmy:

1) "Heca ta trafiła na grunt charakteru narodowego, który i bez tego miał skłonności do najdzikszych instynktów i nieopanowanych namiętności. Wojska polskie ponoszą winę za najokropniejsze zbrodnie wojenne popełnione na niemieckich siłach zbrojnych. Przy tym wykroczyły one nie tylko przeciwko najelementarniejszym prawom ogólnym ludzkości, ale zlekceważyły ponadto prawa wojny, których lekceważyć nie może żaden naród stojący w szeregu narodów kulturalnych" (Dokumente polnischer Grausamkeit czyli Dokumenty polskiego okrucieństwa, 1940 r., str. 411).

2) "Tylko naród, który i bez tego ma w swoim charakterze skłonności do najdzikszych instynktów i nieopanowanych namiętności, naród, który pozostaje poza rodziną kulturalnych narodów - mógł pozwolić sobie na podobne czyny" (Radio Berlin w dn. 17 kwietnia 1943 r. Tym razem "oskarżony" jest naród rosyjski).

W obydwu wypadkach "oskarża" ten sam Goebbels, najbliższy druh Hitlera - tkliwy obrońca "prawa" i "kultury". "Prawa" i "kultury" epoki gnijącego kapitalizmu, których pomnikami są i po wieczne czasy pozostaną: komory gazowe, piece krematoryjne, rozwiane z dymem popioły milionów, milionów ludzi, abażury z ludzkiej skóry i mydło. Mydło "kulturalnie" robione z ludzi.

Zaiste, nigdy świat nie widział tyle nikczemnego cynizmu, co w owym kwietniu 1943 roku, kiedy tytularny kulawy łgarz III Rzeszy wypuszczał w świat kolejną, plugawą, hitlerowską prowokację katyńską.

"Wysłaliśmy na miejsce (do Katynia) dziennikarzy neutralnych i polskich intelektualistów... Fuehrer upoważnił nas do dawania dramatycznych sprawozdań z Katynia w prasie niemieckiej. Wydaję dyrektywy, aby ten materiał propagandowy był maksymalnie wyzyskany. Będziemy z niego mogli ciągnąć korzyści w ciągu wielu tygodni" - notuje Goebbels w dniu 14 kwietnia 1943 r., podskakując z radości. (Le Journal du Dr Goebbels, str. 309).

"Dramat katyński przybiera proporcje olbrzymiej afery politycznej, która może mieć głębokie konsekwencje. Toteż eksploatujemy sprawę Katynia wedle wszelkich zasad sztuki. Ponieważ w ten czy inny sposób tych 10 czy 12 tysięcy Polaków straciło życie - być może trochę na to zasłużyli, bo przecież to Polacy wojnę naprawdę wywołali - warto teraz posłużyć się nimi, aby spróbować narodom europejskim wytłumaczyć, czym jest bolszewizm." - notuje Goebbels pod datą 17 kwietnia 1943 r. (Tamże, podkreślenie moje - B. W.).

I jeszcze pod datą 10 mają 1943 r.: "Fuehrer jest bardzo zadowolony ze sprawy katyńskiej, która przekonała go, jak ogromne możliwości kryje dla nas (nawet i zwłaszcza po klęsce stalingradzkiej - B. W.) propaganda antybolszewicka." (Tamże, str. 348).

Tak pisze o prowokacji katyńskiej w swoich Pamiętnikach - wydanych, przejrzanych i... poprawionych przez wywiad amerykański - sam autor prowokacji katyńskiej, Herr Reichsminister doktor Joseph Goebbels. Zauważmy przy tym niezmiernie charakterystyczny fakt: na okres wykańczania prac nad sfabrykowaniem prowokacji katyńskiej przypada zbliżenie Goebbelsa z Canarisem, szefem hitlerowskiego kontrwywiadu. "Canaris i ja postanowiliśmy odtąd ściśle ze sobą współpracować" - pisze Goebbels w swych Pamiętnikach pod datą 9 kwietnia 1943 r. (Tamże, str. 300).

Wiemy już zaś, z kim współpracował admirał Canaris: z Allenem Dullesem! Powiązanie trójkąta Goebbels-Canaris-Allen Dulles tłumaczy bardzo wiele - zarówno w roku 1943 jak i w roku 1951-52. (Allen Dulles wraz z b. ambasadorem USA w Polsce Bliss-Lanem należał do komitetu "organizacyjnego", który odgrzebał starą goebbelsowską prowokację katyńską. Por. rozdz. XI).

Gdyby w kwietniu 1943 r. znalazł się był ktoś naiwny, kto nie uchwycił wtedy prawdziwego celu, w imię którego kierownictwo III Rzeszy sfabrykowało nikczemną prowokację katyńską - mógł się o tym dowiedzieć równo w 4 dni po "sonder"-komunikacie Radia Berlin. Już bowiem 17 kwietnia 1943 roku minister spraw zagranicznych rządu generała Franco - a wiadomo, jak ten rząd serdecznie był bliski Hitlerowi - już 17.04.1943 r. madrycki minister spraw zagranicznych, generał Jordana, powołując się m. in. na poparcie Watykanu, przedstawił rządowi USA i W. Brytanii zupełnie niedwuznaczną propozycję zawarcia odrębnego pokoju z III Rzeszą (i z faszystowskimi Włochami), a to "w celu uchronienia zachodu przed niebezpieczeństwem bolszewizmu", którego "straszliwe zbrodnie" zostały właśnie "ujawnione"...

"Ofertę zawarcia odrębnego pokoju z III Rzeszą zgłosił, ofiarując publicznie pośrednictwo Hiszpanii, generał Jordana, i jest rzeczą znamienną, że powołał się on przy tym na poparcie Stolicy Apostolskiej (and it is noteworthy that he claimed the support of the Holy See). Sugestie, które przyszły ze strony radia szwajcarskiego są, zdaje się, identyczne" - pisał tygodnik brytyjski The New Statesman and Nation w numerze z dnia 24 kwietnia 1943 roku.

Oto po co była potrzebna prowokacja katyńska. Oto potwierdzenie celów, które przyświecały jej autorom. Przez "zademonstrowanie" rzekomych "zbrodni bolszewizmu" hitlerowscy ludobójcy zamierzali umożliwić lub przynajmniej ułatwić reakcyjnym kołom na kapitalistycznym "zachodzie" przeforsowanie odrębnego pokoju z III Rzeszą. Hitlerowcy wszystko dokładnie obmyślili. Zapomnieli tylko o drobnostce: iż żadna, najsprytniej nawet obmyślona prowokacja, nie mogła już przesłonić światu ich straszliwych zbrodni ludobójstwa; iż żadne wysiłki takich czy innych reakcyjnych kół na kapitalistycznym "zachodzie" nie były wówczas w stanie zmienić charakteru toczącej się wojny. Wojny antyfaszystowskiej.

Brudna, zawiła i zbrodnicza była gra, którą prowadziły koła rządzące W. Brytanii, Francji i USA w okresie drugiej wojny światowej. Celem burżuazji europejskiej i amerykańskiej, nawet kiedy zmuszona była prowadzić wojnę przeciw hitlerowskim Niemcom, faszystowskim Włochom i Japonii, nie było bynajmniej usunięcie źródeł faszyzmu i hitleryzmu ani zniszczenie całkowite faszyzmu i hitleryzmu. Celem było pozbycie się nazbyt już groźnej konkurencji Niemiec, Japonii i Włoch, jako imperialistycznych rywali USA i W. Brytanii - przy pozostawieniu klasom panującym w Niemczech, Japonii i Włoszech dostatecznej siły do trzymania w ryzach klasy robotniczej. I przy jak największym równocześnie osłabieniu, jeśli już nie pełnym zniszczeniu Związku Radzieckiego!

"Jeśli Niemcy zaczną wygrywać wojnę, powinniśmy dopomóc Rosji, a jeżeli Rosja zacznie wygrywać, winniśmy dopomóc Niemcom. Tym sposobem niech się możliwie najwięcej powybijają" - pisał w New York Times z dnia 24 czerwca 1941 r. pewien senator amerykański ze stanu Missouri. Senator nazywał się Harry S. Truman...

Czego się bowiem najbardziej obawiały klasy panujące Stanów Zjednoczonych i W. Brytanii - to wzmocnienia Kraju Rewolucji Socjalistycznej oraz zawalenia się władzy europejskiej burżuazji w wyniku klęski wielkokapitalistycznych Niemiec i Włoch. Stąd - wysiłki brytyjskich i amerykańskich koncernów, żeby wojnę możliwie przedłużyć i żeby wykrwawionemu Związkowi Radzieckiemu oraz wykrwawionym ludom Europy móc podyktować kapitalistyczne warunki. Stąd - osławiona strategia polegająca na stałym odwlekaniu utworzenia drugiego frontu, wielokrotnie i solennie przyrzeczonego. Stąd - niechęć wobec prawdziwie wyzwoleńczych ruchów oporu w okupowanej przez hitlerowską Rzeszę Europie. Stąd - polityka odbudowy sił reakcyjnych w Niemczech, Włoszech, Grecji, Japonii, podjęta nazajutrz po zakończeniu wojny, a nawet jeszcze w czasie jej trwania.

Jednakże najbardziej nawet podstępna strategia wielkich kapitalistów amerykańskich i brytyjskich nie zdołała zapobiec temu, iż walka Związku Radzieckiego, pierwszego w świecie państwa robotników i chłopów, przekształciła niezwłocznie drugą wojnę światową w wojnę antyimperialistyczną, w wojnę narodów przeciwko faszyzmowi, w wojnę ludów o wyzwolenie, przeciwko petainowskim i quislingowskim agenturom hitleryzmu.

Właśnie i tylko dlatego, że była to wojna antyimperialistyczna i antyfaszystowska, narody godziły się przelewać krew i znosić niewypowiedziane cierpienia. Właśnie dlatego, że była to wojna antyimperialistyczna i antyfaszystowska, narody domagały się bezwzględnej kapitulacji III Rzeszy i całkowitego zniszczenia faszyzmu. "Odwrócenie sojuszów", tj. "doszlusowanie" do III Rzeszy przeciwko pogromcy ludobójców hitlerowskich, przeciwko Związkowi Radzieckiemu - było w tych warunkach rzeczą niemożliwą. Przerastało możliwości - i nawet antyradziecką nienawiść - Dullesów.

Toteż haniebna prowokacja katyńska nie mogła spełnić najważniejszych nadziei i rachub, jakie z nią wiązali Hitler i Goebbels. Nawet zachowawcza prasa brytyjska demaskowała - jak zobaczymy - potworny fałsz goebbelsowskiego wymysłu. Znalazł się jednak ktoś, kto nie zawahał się podtrzymać i wesprzeć hitlerowskiej prowokacji: reakcja polska. Reakcja polska w Londynie - i w kraju.

 


 

Rozdział VI. REAKCJA POLSKA WSPIERA GOEBBELSA.

Prasa niemiecka w III Rzeszy i szmatława prasa wydawana przez hitlerowców w języku polskim ogłosiły pierwszą prowokacyjną wiadomość o "odkryciu" grobów katyńskich w dniu 14 kwietnia 1943 r. Już nazajutrz - tj. w dniu 15.04.1943 r. - Anders wysyła depeszę radiową do londyńskiego Ministerstwa Obrony. Ten dezerter z roku 1942 - i z 1939 - bez najmniejszego wahania, bez cienia najdrobniejszych wątpliwości podtrzymuje "prawdziwość" komunikatu hitlerowskich morderców narodu polskiego. I domaga się "wystąpienia rządu w tej sprawie celem uzyskania oficjalnych wyjaśnień sowieckich" (!). "Tym bardziej - dodaje prowokacyjnie i w czystym stylu goebbelsowskim baron Anders - że nasi żołnierze są przekonani, że i reszta naszych ludzi w Sowietach zostanie zniszczona". (Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów, Londyn, Wydawnictwo "Gryf", 1948, str. 105).

I natychmiast, na sygnał dany przez Andersa - oraz admirała Canarisa, działającego przez swego agenta Doboszyńskiego - różne organa Andersa, Bieleckiego, Mikołajczyka, Zaremby, no i... Doboszyńskiego rozpętują w Londynie i w kraju, haniebną kampanię oszczerstw antyradzieckich. Kampanię dobrze już uprzednio - jak widzieliśmy - przygotowaną. Kampanię zdumiewająco zsynchronizowaną i uzgodnioną z kampanią Goebbelsa. Wystarczy spojrzeć na pierwszą stronę dwóch gazet: szmatławca hitlerowskiego w języku polskim Nowego Kuriera Warszawskiego z dn. 15.04.1943 r. oraz organu rządu londyńskiego Dziennika Polskiego z dn. 17.04.1943 r. Podobieństwo treści, tonu i stylu jest całkowite.

To samo łudzące podobieństwo i bodajże pełną tożsamość z propagandą goebbelsowską w sprawie Katynia odnajdujemy w wydawanym wówczas w kraju Biuletynie Informacyjnym (organ dowództwa AK), w organach WRN, w organach Mikołajczyka (np. Orka).

Zbieżność propagandy hitlerowskiej z propagandą reakcji polskiej dobitnie potwierdził... sam rząd londyński. W ogłoszonym w 1943 r. Sprawozdaniu sytuacyjnym z ziem polskich za maj-czerwiec 1943 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych rządu londyńskiego stwierdzało, iż:

"Niemcy oddali i oddają poważną usługę interesom polskim (! - B. W.) - przez ogromną propagandę antykomunistyczną, jaką rozwinęli zwłaszcza w miesiącu kwietniu-maju br. na tle sprawy Katynia i napięcia stosunków polsko-radzieckich" (tj. stosunków między rządem londyńskim a ZSRR - B. W.).

"...Szmatława prasa polska - stwierdza dalej Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przy rządzie londyńskim - odegrała tutaj pozytywną rolę" i nawet "przyczyniła się do podniesienia autorytetu rządu" (londyńskiego). Albowiem - stwierdza sprawozdanie rządu londyńskiego - nielegalna prasa polska "nie byłaby w stanie dokonać dzieła tej kontrpropagandy (tj. propagandy antyradzieckiej) na taką skalę".

Kipiąca nienawiścią do Kraju Rewolucji Socjalistycznej, kipiąca nienawiścią do pogromcy hitlerowskich ludobójców kampania reakcji polskiej w sprawie Katynia nie ustawała ani na chwilę, mimo iż już 15 kwietnia 1943 r. Radio Moskwa ogłosiło komunikat rządu radzieckiego, przygważdżający prowokację Goebbelsa i stwierdzający, że jeńcy polscy wraz z obywatelami radzieckimi zamieszkałymi w okolicach Smoleńska wpadli latem 1941 r. w ręce niemiecko-faszystowskich oprawców, którzy obecnie starają się ukryć dokonane przez nich samych zbrodnie za pomocą najbardziej bezwstydnych i nikczemnych kłamstw.

Przy akompaniamencie rozpętanej przez Goebbelsa i rodzimą reakcję kampanii oszczerstw antyradzieckich rząd londyński już w dniu 15 kwietnia 1943 r, po otrzymaniu prowokacyjnej depeszy Andersa, postanawia zwrócić się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z prośbą o wysłanie delegacji do Katynia w celu "zbadania na miejscu istotnego stanu rzeczy". Wręczenie prośby rządu londyńskiego następuje w Genewie w dniu 17 kwietnia. Prośba ta była spełnieniem najskrytszych - i zarazem najjawniejszych - życzeń ludobójców hitlerowskich, którzy już w przeddzień - tj. 16 kwietnia 1943 r. - zwrócili się z tą samą dokładnie propozycją do MCK w Genewie.

"W godzinach wieczornych - pisze Goebbels w swych Pamiętnikach pod datą 17.04.1943 r. - dotarła do nas depesza Reutera zawierająca deklarację polskiego rządu emigracyjnego. Deklaracja ta oznacza punkt zwrotny w całej aferze katyńskiej, gdyż polski rząd emigracyjny domaga się obecnie, aby Międzynarodowy Czerwony Krzyż wziął udział w badaniach. To nam znakomicie odpowiada, Niezwłocznie porozumiałem się z Fuehrerem, który udzielił mi zezwolenia na wysłanie depeszy do Czerwonego Krzyża z prośbą o współpracę w utożsamianiu zwłok. Telegram podpisany jest przez księcia Koburg-Gotha, którego nazwisko dobrze znane jest w Anglii i który posiada tam wysokie stosunki rodzinne. Moim zdaniem, została w ten sposób rozpętana sprawa, której ogromnych reperkusji (oddźwięków) nie sposób po prostu przewidzieć". (Le Journal du Dr Goebbels, str. 313-314, podkreślenia moje - B. W.)

Ks. Koburg-Gotha był wnukiem królowej Wiktorii i kuzynem króla angielskiego Jerzego VI. Goebbels wysunął go celowo, wiedząc o jego koligacjach wśród arystokracji brytyjskiej. Goebbels znowu zacierał ręce - jak zwykle, przedwcześnie.

Fakt zwrócenia się rządu londyńskiego - bez porozumienia z sojusznikami - do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża (Inspektorzy MCK byli jeszcze uprzednio zapraszani przez rząd III Rzeszy również do zwiedzania hitlerowskich obozów zagłady i... "nie stwierdzili w nich żadnych z przypisywanych tym obozom okropności". Te wyniki "badań" "neutralnego" i "bezstronnego" "Międzynarodowego" Czerwonego Krzyża dostarczyły swego czasu hitlerowskim mordercom milionów - znakomitego alibi. Alibi, które goebbelsowska propaganda odpowiednio wygrywała. m. in. dla ukrycia przed opinią publiczną zbrodni dokonywanych w Polsce. Również po wygnaniu ludności Warszawy delegat MCK, obywatel szwajcarski, p. Wyss, zwiedziwszy obóz w Pruszkowie, wystawił hitlerowcom jak najpochlebniejsze świadectwo.) z prośbą identyczną z żądaniami hitlerowskiego rządu; z prośbą o przeprowadzenie "badań" na terytorium okupowanym przez hitlerowców, nad grobami uprzednio spreparowanymi przez hitlerowskich ludobójców, w warunkach hitlerowskiego terroru i zakłamania - był bezprzykładną prowokacją w stosunkach między sojusznikami. Był posunięciem całkowicie zgodnym z Becka prohitlerowską polityką zdrady narodowej. Był pośrednim przyznaniem hitlerowcom prawa rozstrzygania w "sprawie" katyńskiej. Był aktem jaskrawo wrogim w stosunku do Związku Radzieckiego, toczącego śmiertelny bój ze śmiertelnym wrogiem narodu polskiego. I tak też właśnie - jako akt wyraźnie i rozmyślnie wrogi wobec Związku Radzieckiego - musiał ten fakt być oceniony przez rząd ZSRR, i tak też został oceniony nawet przez część konserwatywnej prasy brytyjskiej.

"...z dwóch prostych powodów - ostrożnie pisał zachowawczy dziennik Evening Standard w dn. 24.04.1943 r. - sądzimy, iż to właśnie rząd polski (londyński - B. W.) należy obarczyć odpowiedzialnością za zerwanie (stosunków z ZSRR). Przede wszystkim nie miał on prawa przypuszczać, że jakiekolwiek twierdzenie niemieckie może zawierać prawdę. Po drugie zaś nie miał prawa domagać się przeprowadzenia badań na terytorium okupowanym przez nieprzyjaciela".

A. J. Cummings w burżuazyjnym dzienniku News Chronicle (27.04.1943) stwierdził:

"Rząd polski (londyński) wraz ze swoją prasą z taką skwapliwością uchwycił się tej okazji, że nasuwa to nieodpartą myśl, iż przywitał on z radością sposobność oczernienia i zdyskredytowania Związku Radzieckiego w oczach głównych sojuszników ZSRR".

Odczuwa się zdumienie zarówno jak i żal - pisał w artykule wstępnym konserwatywny Times z dnia 28.04.1943 r. - że ci, którzy mieli tyle powodów, aby w pełni pojąć perfidię i pomysłowość machiny propagandowej Goebbelsa, dali się sami złapać w potrzask zastawiony przez tę machinę. Polacy chyba nie zapomnieli obszernego tomu, szeroko kolportowanego w okresie pierwszej zimy wojennej (tj. w roku 1939-1940 - B. W.), tomu, który opisywał - z wszelkimi szczegółami, opartymi na drobiazgach dowodach, łącznie z fotografiami - rzekome polskie okrucieństwa popełnione na niewinnej niemieckiej ludności Polski".

"Dyplomatyczne koła w Stanach Zjednoczonych - depeszował z Waszyngtonu korespondent skrajnie prawicowego Daily Telegraph (nr z dnia 29.04.1943 r.) - dokładnie zaznajomione z sytuacją, twierdzą, iż terytorialne żądania polskie (tj. żądania burżuazji i obszarnictwa polskiego dotyczące ziem zachodnio-ukraińskich i białoruskich - B. W.) - leżą u podstawy całego zamętu. Koła te twierdzą, że polemika na temat losu 10 000 polskich oficerów została podchwycona przez Polaków (czytaj: przez rząd londyński) jako środek wywarcia presji na amerykańską i brytyjską opinię".

Tę samą myśl - że reakcja polska posłużyła się katyńską prowokacją Goebbelsa dla rozpętania kampanii antyradzieckiej, dla podważenia jedności koalicji antyhitlerowskiej i dla podjęcia próby wyszantażowania ziem zachodnio-ukraińskich i białoruskich - wyraża nawet organ finansjery brytyjskiej, The Economist z dnia 1.05.1943 r.:

"Zerwanie stosunków polsko-radzieckich jest widomym triumfem Goebbelsa. Zapuszczono sondę w najsłabszy punkt sojuszu aliantów i dokonano wyłomu we froncie Narodów Zjednoczonych... Rząd polski (londyński) nic nie zyskał przez swą niewiarygodnie idiotyczną (incredibly foolish) reakcję na niemieckie bajeczki o (cudzych) okropnościach i okrucieństwach".

Tak pisała konserwatywna, niezbyt - nawet w czasie wojny - życzliwa Związkowi Radzieckiemu prasa brytyjska. A przecież prawda o Katyniu jest tylko jedna. I to, co było prawdą o Katyniu w 1943 i w 1944 roku nie przestaje być prawdą o Katyniu również i w 1952 roku i nie przestanie być prawdą w roku 1960 i 1970! Oczywiście, ta jedna prawda o Katyniu jest dziś bardzo a bardzo panom z Waszyngtonu, Londynu i Bonn niewygodna.

***

Z przytoczonych przez nas głosów konserwatywnej prasy brytyjskiej nie należy wnosić, iż rząd JKM prowadził w sprawie prowokacji katyńskiej jasną i uczciwą politykę. Również i tutaj rząd Churchilla wolał uprawiać krętą i podwójną grę. Wiele faktów świadczy, iż rząd brytyjski, publicznie potępiając prowokację Goebbelsa i prowokacyjne stanowisko reakcji polskiej, równocześnie po cichu popierał robotę Andersa i spółki.

Ciekawe światło na tę sprawę rzucił komentator... rozgłośni brytyjskiej BBC, James Fergusson. Omawiając Pamiętniki Goebbelsa, komentator BBC w audycji nadanej dnia 25 maja 1948 r. w ramach programu krajowego, tj. przeznaczonego dla słuchaczy brytyjskich ("Home Service Programme"), stwierdził m. in.:

"Sprawa katyńska z kwietnia 1943 roku... była może największym sukcesem propagandy hitlerowskiej, jak twierdzi sam Goebbels, ponieważ doprowadziła - jak pamiętacie - do zerwania stosunków dyplomatycznych między rządem radzieckim a rządem polskim w Londynie...

...Co mnie rozgoryczyło w całej tej sprawie - to przekonanie, które wciąż jeszcze żywię, a mianowicie, że gdybyśmy od samego początku oświetlili tę całą historię jako niemiecki trick propagandowy, to można byłoby wówczas uniknąć tego złowrogiego rozłamu w stosunkach między aliantami. Wiem, że wielu nie zgodzi się ze mną w tym punkcie, ale już teraz jest rzeczą widoczną, iż w każdym razie nic nie zyskano przez nałożenie na 11 dni zakazu najmniejszej wzmianki o sprawie (katyńskiej) w programach BBC (w kwietniu 1943 r.). ...Przez całe 11 dni Niemcy rozbudowywali swą historię katyńską bez żadnego z naszej strony sprzeciwu. I przez cały czas obserwowałem jej rozrastanie się i prowadziłem szczegółowe notatki... I w każdej chwili mogłem rozbić ją całkowicie nie tylko dlatego, że Niemcy wykorzystywali tę historię dla popsucia stosunków między aliantami i nie z żadnej sympatii dla Polaków, ale na podstawie niezliczonych i śmiesznych wprost sprzeczności ich (hitlerowców) wersji. Ale nie wolno mi było tego uczynić - aż do chwili, kiedy było już za późno. Sądzę, że popełniliśmy niewiele takich błędów w czasie wojny".

Nie jest oczywiście przypadkiem, że właśnie w sprawie prowokacji katyńskiej rozgłośnia londyńska popełniła taki dziwny "błąd"... - że posłużymy się dyskretnym określeniem komentatora rozgłośni londyńskiej. I pomyśleć, że kiedy amerykańscy naśladowcy Goebbelsa odgrzebali prowokację katyńską, BBC nie zawahała się, w audycjach w języku polskim podtrzymać wersji hitlerowskiej, pełnej "niezliczonych i śmiesznych wprost sprzeczności". Bo tym razem, rzecz przedziwna, nakazu milczenia nie było...

***

Po prowokacyjnym i jaskrawo wrogim w stosunku do ZSRR posunięciu londyńskiego rządu reakcji polskiej, Goebbels tryumfował. Zdawało się mistrzowi hitlerowskiej prowokacji, że wbił mocny klin między Polskę i Związek Radziecki, ba, że podważył jedność koalicji antyhitlerowskiej.

"Rozłam między Moskwą a emigracyjnym rządem polskim znajduje się naturalnie w ośrodku międzynarodowej aktualności... Powszechnie podziwia się nadzwyczajną zręczność, z jaką przekształciliśmy incydent katyński w problem wielkiej polityki. Londyn pozostaje pod wrażeniem sukcesu propagandy niemieckiej. Nagle w obozie wroga ukazała się wyrwa, której dotąd nie chciano dostrzec. (Aluzja do stałej wrogości reakcji polskiej wobec ZSRR - B. W.). Mówi się powszechnie o totalnym zwycięstwie Goebbelsa. Nawet najpoważniejsi senatorowie amerykańscy składają pesymistyczne oświadczenia" - pisze Goebbels w swych Pamiętnikach pod datą 28.04.1943 r. (Le Journal du Dr Goebbels, str. 329).

Ale radość Goebbelsa, który zresztą nie przestawał systematycznie podsycać apetytu obszarników polskich na ziemie zachodniej Ukrainy i Białorusi, nie trwała długo. Nie udało się kulawemu karłowi "Wielkiej Rzeszy" dokonać rozłamu w koalicji antyhitlerowskiej, gdyż narody na ten rozłam nigdy by się nie zgodziły. I nie udało się Goebbelsowi odepchnąć Polski od Związku Radzieckiego. Głównym sukcesem mistrza hitlerowskiej prowokacji było, że - wbrew woli i własnym zamierzeniom - przyśpieszył chwilę zrzucenia przez reakcję polską ostatnich żałosnych strzępów maski "sojuszniczej" wobec ZSRR.

Nie ziściły się marzenia Goebbelsa, gdyż siły wyłonione przez polską klasę robotniczą, siły wyłonione z ludu polskiego, wydobyły kraj z otchłani, w jaką go wepchnęła zdradziecka polityka rodzimej reakcji. I siły te poprowadziły Polskę drogą jedynie słuszną. Drogą nakazaną naszemu narodowi przez wieki zmagań z imperializmem niemieckim. Drogą wytyczoną przez najszlachetniejszych, rewolucyjnych bojowników o wolność i rozkwit tej ziemi. Drogą niezłomnej braterskiej przyjaźni z Krajem Rewolucji Socjalistycznej. Drogą przyjaźni z Krajem Rad, który narodowi polskiemu dwukrotnie przyniósł niepodległość, ratując go, za drugim razem, od zagłady biologicznej.

***

20 kwietnia 1943 r. - w dniu urodzin fuehrera, nawiązując bezpośrednio do "odkrycia" grobów katyńskich - wygłosił "przemówienie do ludności polskiej" Generalny Gubernator Herr Doktor Frank. Najistotniejszy fragment tego przemówienia, przetłumaczonego na skażoną polszczyznę cechującą kolaborantów z gadzinowej prasy hitlerowskiej w języku "polskim" - najistotniejszy fragment brzmiał tak:

"... Generalne Gubernatorstwo jest częścią tej rodzącej się Europy. Co się stałoby z Polakami, gdyby Adolf Hitler nie trzymał swej tarczy ochronnej przeciw bolszewizmowi także i przed tym narodem! Ani jeden Polak nie uniknąłby tego losu, jaki spotkał tysiące podstępnie zamordowanych oficerów dawnej armii polskiej, których niedawno dzięki opatrznościowemu zrządzeniu znaleziono w ponurych grobach pod Smoleńskiem. Okrzyk boleści rozlega się po całej kulturalnej ludzkości i po tym kraju... Jeżeli tutaj ludność polska utrzymała się przy życiu, mimo wszystko pracuje i rozwija swój byt (! - B. W.) mając zabezpieczone instytucje rodziny, kultury i wiary, to kierownictwu niemieckiemu wolno wskazać na to, że naród niemiecki także i tutaj zapewnił obcym narodowościom w pierwszym rzędzie Polakom i Ukraińcom pełną sprawiedliwość. Przypuszczam, że właśnie w wyniku tego doświadczenia smoleńskiego lojalna, tj. przeważająca większość ludności Guberni Generalnej weźmie jeszcze intensywniejszy niż dotychczas udział w pracy dla wspólnej sprawy europejskiej w służbie wojny". (Cyt. wg Nowego Kuriera Warszawskiego z dnia 22.04.1943 r., podkreślenia moje - B. W.).

Tak mówił - po prowokacji katyńskiej - hitlerowski gauleiter w Weichselland (w Kraju Wisły). Ten sam Frank, który jeszcze w styczniu 1944 r. oświadczy w ścisłym gronie hitlerowskim:

"Kiedy wreszcie wygramy wojnę, to, jeśli o mnie chodzi, z Polaków, Ukraińców i tego co się wokół obija, można zrobić rąbankę" (12.01.1944 r.)...

Tak mówił cyniczny kat narodu polskiego, który jeszcze w marcu 1944 roku pisze w swoich Pamiętnikach:

"Gdybym przyszedł do Fuehrera i powiedział: Mój Wodzu, melduję, że znów zniszczyłem 150 000 Polaków - odrzekłby on wówczas: Wspaniale, jeżeli było to potrzebne" (18.03.1944). Najpotworniejsze nie było jednak to, co mówił Frank do "ludności polskiej".

Najpotworniejsze było to, że hitlerowską prowokację katyńską powtarzała i "popularyzowała" w całkowitej, jak widzieliśmy, zgodzie z propagandą Goebbelsa - cała reakcja polska, od NSZ po WRN. I to w chwili, kiedy hitlerowski ludobójca nie przestawał w naszych oczach zabijać i mordować. Zabijać i mordować w Polsce!

Przecież współpraca "katyńska" hitlerowców i reakcji polskiej wypada w okresie:

1) Niebywałego - nawet w świetle uprzedniej praktyki hitlerowskiej w Polsce - nasilenia terroru;

2) W okresie likwidacji i spalenia getta warszawskiego (19.04-16.05.1943 r.);

3) W okresie pierwszych w Warszawie masowych (począwszy od mają 1943 r.), chwilowo jeszcze tajnych, rozstrzeliwań Polaków, więźniów Pawiaka, na terenie opustoszałego getta (Por. Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, t. I, str. 213-214 i t. VI, od str. 83);

4) W okresie masowych i już, począwszy od października 1943 r., jawnych, publicznych egzekucji w Warszawie, spływającej codziennie krwią rozstrzelanych "zakładników" (Masowe egzekucje w Warszawie odbywały się na "prawnej" podstawie specjalnego rozporządzenia generalnego kata Polski, czyli generalnego gubernatora Franka z dnia 2.10.1943 r. Nazywało się ono pięknie, jak owa "tarcza europejska", którą fuehrer "chronił" naród polski: "Verordnung zur Bekaempfung von Angriffen gegen das Deutsche Aufbauwerk im General-Gouvernement". Czyli: "Rozporządzeniew celu zwalczania zamachów na niemieckie dzieło odbudowy (!) w Generalnym Gubernatorstwie".).

5) W okresie nie ustającej "Grossaktion" (akcji w wielkim stylu) w Zamojszczyźnie i na Lubelszczyźnie - tj. akcji wysiedlania i mordowania ludności setek wsi (W czerwcu i lipcu 1943 roku wysiedlono i "spacyfikowano" 171 wsi w 4 powiatach - biłgorajskim, tomaszowskim, zamojskim, hrubieszowskim. Od listopada 1941 r. do sierpnia 1943 r. hitlerowcy wysiedlili z Zamojszczyzny 110 000 Polaków, tj. 31% ogólnej liczby Polaków zamieszkałych w Zamojszczyźnie. - Por. Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, t. II, str. 45-120).

6) W okresie nie ustającej zagłady setek i setek tysięcy Polaków w Oświęcimiu, Birkenau, Majdanku...

Nie, nie trzeba, nie trzeba wyliczać. A mimo to reakcja polska wspierała Goebbelsa. Prowokacja katyńska stała się niejako pomostem ugody rodzimego faszyzmu z faszyzmem niemieckim. I nie jest bynajmniej przypadkiem, iż właśnie w okresie intensywnego propagowania prowokacji katyńskiej hrabia Bór-Komorowski, przemawiając w dniu 14 października 1943 r. przed tzw. Krajową Reprezentacją Polityczną ("Reprezentacja" ta składała się z przedstawicieli wszystkich stronnictw reakcji, na których się opierał rząd londyński), oświadczył m. in.:

"... Osłabianie Niemiec nie leży w tym szczególnym wypadku w naszym interesie. Sądzę, że panowie podzielają ten pogląd w całej pełni... Tym lepiej dla nas, im wojsko rosyjskie jest dalej. Stąd wypływa logiczny wniosek, że nie możemy wywoływać powstania przeciw Niemcom, jak długo trzymają oni front rosyjski, a tym samym Rosjan z dala od nas. Następną konsekwencją jest, że musimy być przygotowani na stawienie zbrojnego oporu wojsku rosyjskiemu, wkraczającemu do Polski..."

Jednakże wbrew i na przekór propagandzie Goebbelsa i rodzimego wstecznictwa prowokacja katyńska w kraju, wśród większości narodu polskiego, nie chwyciła. I Frank zmuszony był o tym z rozpaczą donieść fuehrerowi. Również i w tej sprawie świadomość narodu polskiego została uratowana od hitlerowskiej zarazy.

"Ein grosser Teil der Polnischen Intelligenz laesst sich nach wie vor von den Nachrichten aus Katyn nicht beeinflussen" - "Wielka część polskiej inteligencji nie poddaje się wciąż, teraz jak i poprzednio, wpływowi wiadomości z Katynia" (Cyt. wg Protokołów Procesu Norymberskiego, tom XII, str. 42, wyd. w jęz. niemieckim).

Frank w raporcie do Hitlera cytuje również z rozpaczą typową opinię robotników polskich: "Istnieją obozy koncentracyjne w Oświęcimiu i Majdanku, gdzie popełniono masowe morderstwa na Polakach w podobny sposób". Wreszcie Frank z najwyższą rozpaczą melduje "wodzowi" własne swe wnioski na temat "sukcesu" prowokacji katyńskiej wśród większości narodu polskiego:

"Dziś, niestety, polska opinia publiczna, i nie tylko inteligenci, porównuje Katyń z masową śmiertelnością w niemieckich obozach koncentracyjnych, jak również z rozstrzeliwaniem mężczyzn, kobiet a nawet dzieci i starców w czasie akcji zbiorowego karania (!) w poszczególnych okręgach..." (Protokoły Procesu Norymberskiego, tom XIX, str. 607 i nast., wyd. w jęz. niem.).

Było to zasługą wszystkich postępowych i szczerze patriotycznych sił, które podjęły walkę przeciw goebbelsowskiej prowokacji. Było to zasługą polskiej klasy robotniczej, która w walce nauczyła się demaskować wszystkie haniebne chwyt wroga narodowego i klasowego. Było to również zasługą polskiej inteligencji, która umiejętnie wykazywała fałsz hitlerowskiej propagandy.

Szeroką pracę uświadamiającą prowadziła Polska Partia Robotnicza. Deklaracja Komitetu Centralnego PPR z dnia 23.04.1943 r. opublikowana w Trybunie Wolności z dnia 1.05.1943 r. głosiła m. in.:

"Propaganda Goebbelsa pracuje w najwyższym napięciu. Przez radio, w prasie i na plakatach hitlerowcy rozdzierają szaty w związku z odkryciem zmasakrowanych zwłok oficerów polskich pod Smoleńskiem. Z oflagów wyciągają oficerów polskich, by przewieźć ich nie jak dotychczas poprzez komedie sądowe na stracenie - lecz samolotami do Smoleńska jakoby dla rozpoznania swych kolegów.

Cel tej równie zakłamanej jak hałaśliwej propagandy jest oczywisty:

chcą odwrócić uwagę społeczeństwa polskiego od potwornych zbrodni popełnionych w ciągu trzy i półletniej okupacji na Polakach, kobietach, dzieciach;

chcą poróżnić naród polski z bratnimi narodami Związku Radzieckiego, rozbić solidarność zjednoczonych w śmiertelnej walce z hitleryzmem narodów słowiańskich;

chcą zaprzęgnąć Polaków do walki Niemiec hitlerowskich z antyfaszystowskim blokiem ZSRR, Anglii i Ameryki i przygotować grunt pod mobilizację młodzieży polskiej do hitlerowskiego "legionu wojskowego".

Bo Niemcy po ciężkich klęskach poniesionych na froncie wschodnim czują nadciągającą już klęskę ostateczną, dlatego chcą wyciągnąć najżywotniejsze siły z ujarzmionych przez się narodów Europy, by choć odroczyć tę chwilę i pociągnąć za sobą w przepaść naród polski.

Społeczeństwo polskie, aczkolwiek "zahartowane" na zbrodnie nazistowskie, z świętym oburzeniem dowiedziało się o zbrodni katyńskiej. Każdy zrozumiał, że sprawcami tak potwornego morderstwa mogą być tylko ci sami, którzy od początku swego panowania posługiwali się i posługują się metodą masowych morderstw. W naszych oczach wymordowali kaci hitlerowscy miliony Polaków, Żydów i jeńców radzieckich. Radzieckie Biuro Informacyjne podaje, że mord w Katyniu dokonany został przez Niemców na Polakach i ludności radzieckiej, która nie zdążyła ewakuować się w 1941 r. O przygotowywanej przez hitlerowców wielkiej prowokacji uprzedzała również część tajnej prasy polskiej na wieść o "konferencjach" u Franka i Fischera.

Tym niemniej emigracyjny rząd gen. Sikorskiego i minister obrony narodowej tegoż rządu, gen. Kukiel, ogłosili enuncjacje dopuszczające wiarygodność goebbelsowskich kłamstw i fałszerstw i domagające się wysłania do Katynia międzynarodowej komisji śledczej.

Nie słyszeliśmy nigdy o żądaniu wysłania międzynarodowej komisji dla zbadania niezliczonej ilości innych masowych morderstw dokonanych przez hitlerowskich siepaczy. Ani Sikorski, ani Kukiel nie żądali komisji dla zbadania zbrodni wawerskiej lub Zamojszczyzny, Oświęcimia, Treblinki czy Majdanka i wielu innych; wszak rozumie się, że pod okupacją hitlerowską komisja taka nie mogłaby stwierdzić obiektywnego stanu rzeczy, uzależniona w swej pracy całkowicie od łaski władz okupacyjnych.

Jaki był więc cel takich wystąpień gen. Sikorskiego i Kukiela? Siały one zwątpienie w duszy części społeczeństwa polskiego, były wodą na młyn propagandy Goebbelsa. Nic też dziwnego, że szmatławce hitlerowskie na czołowych miejscach drukują enuncjacje tych dobrowolnych pomocników Goebbelsa.

Naród Polski ma tylko jedną odpowiedź dla zbrodniarzy hitlerowskich: "Kaci, z zakrwawionymi łapami, ręce precz od świętości. Zbrodnie wasze są znane i kara was nie minie".

Naród polski z najwyższym oburzeniem piętnuje i potępia wszystkich pomocników Goebbelsa, tych w kraju, którzy biorą udział w "delegacjach" i "badaniach", jak również tych z Londynu, którzy dobrowolnie śpieszą z odsieczą chylącemu się do upadku reżimowi faszystowskiemu.

Naród polski, dążąc do jak najszybszego wyzwolenia spod jarzma okupacji i wywalczenia wolnej i niepodległej ojczyzny, wytęży wszystkie siły do walki z hitleryzmem wspólnie z bratnimi narodami, w pierwszym rzędzie z narodami Związku Radzieckiego, pod szczytnym hasłem: "za naszą i Waszą wolność".

KOMITET CENTRALNY POLSKIEJ PARTII ROBOTNICZEJ

23 kwietnia 1943 r."

***

Jednakże reakcja polska niczego się nie nauczyła i niczego nie zapomniała ze swej niedawnej przeszłości. Jej przedstawiciele krzątają się - jak zobaczymy - również u boku amerykańskich wskrzesicieli plugawej prowokacji Goebbelsa, u boku amerykańskich wskrzesicieli neohitlerowskiego Wehrmachtu, który godzi w Polskę.

Reakcja polska, jak skarbu najdroższego, nadal zaciekle broni potwornego kłamstwa, które ukuł śmiertelny wróg narodu polskiego - hitleryzm. Reakcja polska po dziś dzień podtrzymuje i wspiera - za granicą i w kraju - katyńską prowokację Goebbelsa, katyńską prowokację amerykańskich naśladowców Goebbelsa.

Widzieliśmy, jakie przyczyny polityczne - głębokie, najważniejsze - pchnęły hitlerowców jesienią 1941 r. do wymordowania, wśród wielu innych jeńców, również i oficerów polskich, pojmanych pod Smoleńskiem. Widzieliśmy, jakie przyczyny polityczne - głębokie, rozstrzygające - skłoniły hitlerowców wiosną 1943 roku do przekształcenia własnej zbrodni w perfidną, antyradziecką prowokację.

Teraz z kolei przyjrzyjmy się nieco bliżej zniekształconym faktom, które stanowią wiązania gmachu kłamstw i fałszerstw skleconego przez Goebbelsa i reakcję polską: przyjrzyjmy się wiązaniom prowokacji katyńskiej.

 


 

Rozdział VII. SAMOTNY KRZYŻ, TAJEMNICZY WILK - I SFORA WILKÓW FASZYSTOWSKICH.

Goebbels, reakcja polska oraz amerykańscy wspólnicy Kruppa i Guderiana twierdzą, iż oficerów i żołnierzy polskich pod Katyniem zamordowali w 1940 roku "bolszewicy". Otóż do Smoleńska i okolic hitlerowcy wkroczyli około 17 lipca 1941 roku. Komunikat zaś o "odkryciu" grobów ogłosili 13 kwietnia 1943 roku. Każdemu człowiekowi, który zestawia fakty, by z nich wysnuwać wnioski - musi się narzucić jedno nieodparte pytanie: skoro tak, to dlaczego hitlerowcy przez niemal dwa lata ukrywali "zbrodnię bolszewików"? Dlaczego rozgłosili ją dopiero po dwóch latach swego pobytu w Katyniu i w dwa miesiące po... straszliwej swej klęsce pod Stalingradem?

Powie ktoś: nie ogłosili wcześniej, bo wcześniej o grobach oficerów polskich nie wiedzieli. Wykażemy - na podstawie hitlerowskich źródeł i wypowiedzi samych hitlerowców - że hitlerowcy o grobach oficerów polskich wiedzieli znacznie wcześniej, aniżeli je oficjalnie "odkryli". Że wiedzieli o nich... już w 1941 roku!

Zacznijmy od zbadania pierwszego oficjalnego komunikatu hitlerowskiego:

"Sterroryzowana panowaniem bolszewickim ludność nie opowiadała chętnie o swoich przeżyciach z roku 1940. Dopiero wiosną 1943 r. docierają do władz niemieckich wiadomości o dołach ze zwłokami w lesie Katyńskim. Władze niemieckie podejmują wobec tego systematyczne, rozległe badania, które stopniowo pozwalają odtworzyć z przerażającą dokładnością wypadki poprzedzające ową masową zbrodnię" itd. itd. (Cytujemy za wymienioną już, a przepełnioną nienawiścią do Związku Radzieckiego, książką andersowców Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów, str. 106).

Tak "ustawia" "sprawę katyńską" pierwszy oficjalny komunikat hitlerowski. Nie trzeba być sędzią śledczym, by z miejsca wykryć wszystką szalbierczą nicość przytoczonych w komunikacie hitlerowskim twierdzeń. Bo jakże to! Ludność rosyjska pod Smoleńska "milczała" w roku 1941 i 1942 "sterroryzowana" wówczas - w latach największych sukcesów hitlerowskich - "panowaniem bolszewickim" a "dopiero wiosną 1943 r." - kiedy hitlerowcy ponieśli straszliwe klęski, kiedy bliski już na te ziemie powrót Armii Radzieckiej nie ulegał dla nikogo wątpliwości, kiedy wzmogła się pod Smoleńskiem partyzantka antyhitlerowska - "dopiero wiosną 1943 r." ludność spod Smoleńska miała przemówić i świadczyć przeciw własnemu rządowi i narodowi? Może z sympatii do hitlerowców, którzy zgładzili w Smoleńsku i pod Smoleńskiem 60 000 mężczyzn, kobiet i dzieci?! Widzimy, że nawet jeśli się przyjmie punkt wyjścia hitlerowskiego komunikatu, rozsypuje się on natychmiast w proch, skoro podda się go analizie logicznej.

Ale mamy w tej sprawie nie tylko logiczne dowody nikczemnego fałszerstwa hitlerowskiego. Hitlerowski pułkownik Friedrich Ahrens - dowódca owej tajemniczej 537 jednostki (rzekomo) "łączności" przy armii "grupa środkowa", jednostki, której sztab mieścił się w willi na "Kozich Górach" stale i bez przerwy od sierpnia 1941 roku do sierpnia 1943 r., wg zeznań samego Ahrensa (Osobliwa nieruchliwość jak na sztab jednostki "łączności") - dowódca 537 pułku "łączności" Friedrich Ahrens zeznawał przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze w dniu 1.07.1946 r. (Protokoły Procesu Norymberskiego, t. XVII, wyd. cyt., str. 274-297).

Friedrich Ahrens, broniąc własnej skóry, uparcie przeczył, rzecz jasna, faktowi zamordowania oficerów polskich przez hitlerowców i wyparł się udziału w tej zbrodni. Ale mimo że starannie przygotowany do tych zeznań przez swego (i Goeringa) obrońcę, dra Stahmera - Friedrich Ahrens, w ogniu pytań wiceprokuratora radzieckiego, płk. Smirnowa i członka Trybunału, sędziego radzieckiego, gen. Nikiczenko - powiedział bardzo wiele. Znacznie więcej, niż zamierzał powiedzieć i znacznie więcej niż życzyli sobie jego obrońca oraz... niektórzy członkowie Trybunału.

Chcąc za wszelką cenę oddalić od siebie ostrze oskarżenia Ahrens zeznał, że w końcu listopada 1941 roku:

"... jeden z moich żołnierzy wskazał mi, że w jednym miejscu (w lesie Katyńskim) znajdował się swego rodzaju kopiec, który z trudem zresztą można było tak określić i na którym wznosił się krzyż sosnowy. Widziałem ten sosnowy krzyż. W ciągu roku 1942 żołnierze moi nieustannie donosili mi, iż tu, w naszych lasach, podobno odbywały się rozstrzeliwania, ale ja z początku nie zwróciłem na to uwagi. Jednakże latem 1942 roku temat ten został poruszony w rozkazie armii "grupa środkowa", której dowództwo objął później generał von Harsdorff. Oświadczył mi, że on także o tym słyszał". (Protokoły Procesu Norymberskiego, t. XVII, wyd. cyt. Str. 282, podkreślenia moje - B. W.).

Później nieco Ahrens doda, iż o grobach w lesie Katyńskim doniósł również - wciąż latem 1942 roku - szefowi wywiadu przy armii "grupa środkowa", pułkownikowi von Gersdorffowi, który

"oświadczył mi, że wiadome mu jest wszystko w tej sprawie i że składając mu ten raport spełniłem wszystko, co do mnie w tej materii należało". (Tamże, str. 293. O złożeniu raportu von Gersdorffowi Ahrens uparcie raz jeszcze upewnił Przewodniczącego Trybunału - str. 297).

A więc zapamiętajmy: Friedrich Ahrens, dowódca zbrodniczej jednostki 537, przyznał, iż w końcu listopada 1941 roku widział na jednym z wzniesień, utworzonych przez masowe groby oficerów polskich, tajemniczy krzyż sosnowy. Krzyż ten postawił jeden z siepaczy hitlerowskich tknięty prawdopodobnie odruchem sentymentalizmu. Broniąc swej brunatnej skóry Ahrens szybko dodaje, iż jego żołnierze donosili mu nieustannie w ciągu 1942 roku o rozstrzeliwaniach, które "podobno" odbywały się w lesie Katyńskim, po czym on, Ahrens, doniósł o tym, latem 1942 roku, dowództwu armii "grupa środkowa" oraz szefowi wywiadu tej armii, płk. Von Gersdorffowi.

Jedno zatem nie ulega wątpliwości, zważywszy, iż sam Ahrens ten fakt wielokrotnie z naciskiem i z uporem podkreśla: Hitlerowcy wiedzieli o grobach w lesie Katyńskim począwszy od jesieni 1941 roku.

Co się zaś tyczy owych pilnych meldunków, które Ahrens składał i które rzekomo mają świadczyć o jego niewinności... Przerwijmy w tym miejscu i przytoczmy zdanie bezpośredniego - formalnie - przełożonego płk. Ahrensa. W dniu 1.07.1946 r. zeznawał przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym bezpośredni przełożony płk. Ahrensa, generał Euhen Oberhaeuser, szef służby łączności armii "grupa środkowa". Wiceprokurator radziecki Smirnow zadał mu m. in. następujące pytanie:

Wiceprokurator Smirnow: Płk. Ahrens wykrył groby masowe (w Katyniu) pod koniec 1941 roku lub na początku 1942 r. Czy powiedział panu cokolwiek o tym odkryciu?

Oberhaeuser: Nie mogę uwierzyć, aby pułkownik Ahrens mógł był odkryć groby w 1941 r. Ja nie mogę sobie tego wyobrazić, ja nie mogę zwłaszcza wyobrazić sobie, aby on (płk. Ahrens) mógł był nic mi o tym nie powiedzieć.

Wiceprokurator Smirnow: W każdym razie, czy pan podtrzymuje twierdzenie, że ani w 1942 roku, ani w 1943 roku płk. Ahrens nic panu nie donosił w tej sprawie?

Oberhaeuser: Płk. Ahrens nigdy mi o tym słowa nie powiedział, a przecież byłby mi powiedział, gdyby wiedział. (Protokoły Procesu Norymberskiego, t. XVII, wyd, cyt., str. 315).

Jak wytłumaczyć sprzeczność między zeznaniami płk. Ahrensa, dowódcy 537 jednostki rzekomo "łączności", a szefem służby łączności armii "grupa środkowa"? Wytłumaczyć ją można logicznie tylko w następujący sposób:

Płk. Ahrens dzielił się z dowódcą armii oraz z szefem wywiadu armii "grupa środkowa" swymi obawami, iż masowe groby oficerów polskich pomordowanych przez jego sztab i SS-manów z "Einsatzgruppe B" - nie dadzą się na dłuższą metę ukryć. Generałowi Oberhaeuserowi, szefowi służby łączności armii, któremu dowódca 537 jednostki tylko formalnie podlegał - takich informacji, rzecz jasna, Ahrens powierzać nie miał potrzeby ani prawa (wg etyki hitlerowskiej).

Jest również rzeczą możliwą, że generał Oberhaeuser zeznając w 1946 r. przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym świadomie skłamał, twierdząc, iż płk. Ahrens nic mu nie mówił ani w 1941 r., ani w 1942 r. o masowych mogiłach w lesie Katyńskim. Ale jeśli tak - oznacza to, że bezpośredni przełożony płk Ahrensa uznał (i słusznie), iż jego podwładny podając jesień 1941 r. czy lato 1942 r. jako datę "odkrycia" grobów katyńskich przez hitlerowców tym samym ujawnił niebacznie prawdziwych sprawców zbrodni katyńskiej: siebie oraz pozostałych hitlerowskich siepaczy.

Posłuchajmy wszakże, jak sam Ahrens próbuje wywikłać się z własnej relacji o "odkryciu grobów" - relacji, która nagle okazała się dlań groźna.

Ahrens: ...W czasie zimy 1943 r. - zdaje się w styczniu lub lutym - zupełnie przypadkowo ujrzałem wilka w lesie (Katyńskim) i z początku nie wierzyłem nawet, że to był wilk; kiedy z fachowcem poszliśmy tropem wilka, dostrzegliśmy rozkopaną ziemię na kopcu z krzyżem. Kazałem zbadać, jakiego pochodzenia były znajdujące się tam kości (wygrzebane przez wilka). Lekarze oświadczyli, że są to ludzkie szczątki. Wtedy zawiadomiłem oficera zajmującego się grobami wojskowymi, bo sądziłem, że jest to mogiła jakiegoś żołnierza (niemieckiego)... (Protokoły Procesu Norymberskiego, t. XVII, wyd. cyt., str. 282).

Taką to bajeczkę ułożył na poczekaniu Friedrich Ahrens, broniąc przed Trybunałem Norymberskim swej brunatnej skóry. Krzyż na kopcu Ahrens widzial - przyznaje - już w listopadzie 1941 roku. Czemu więc wtedy nie zawiadomił "oficera zajmującego się grobami wojskowymi"? Trzeba było dopiero tajemniczego wilka, aby w styczniu lub lutym 1943 roku płk. Ahrens mógł "odkryć", że jest to... grób. I żeby zawiadomił "oficera zajmującego się grobami wojskowymi". Ale wtedy właśnie zjawił się Herr Professor Doktor Gerhard Buhtz (z uniwersytetu wrocławskiego), który - mając już gotowe instrukcje... z centrali berlińskiej - rozpoczął ekshumację zwłok polskich oficerów.

A więc "odkrycie" grobów katyńskich dokonało się - w świetle zeznań Ahrensa - już nie dzięki wskazówkom "sterroryzowanej panowaniem bolszewickim ludności", która "dopiero wiosną 1943 r.) jęła władzom opowiadać o "swoich przeżyciach z 1940 r." - ale dzięki wilkowi. Wilkowi, który umiał rozkopać przykrywający mogiły katyńskie nasyp ziemny grubości 1,5 - 2 metrów!

A jaką metodę zastosowały prawdziwe, hitlerowskie wilki przy rozkopywaniu mogił swych ofiar - o tym mimo woli wyrwało się Ahrensowi kilka słów prawdy. Było to niezwykle odkrywcze przejęzyczenie się.

Trybunał (sędzia Nikiczenko): Kiedy profesor Buhtz rozmawiał z panem o masowych grobach (katyńskich) i stwierdził, że pochowanie zwłok musiało nastąpić wiosną 1940 r.?

Ahrens: Nie mogę podać dokładnej daty, ale to było na wiosnę 1943 roku, zanim rozpoczęto ekshumację - to jest, bardzo przepraszam, bardzo przepraszam - on (prof. Buhtz) powiedział mi, że polecono mu przeprowadzić ekshumację i w czasie przeprowadzania ekshumacji spotykał się ze mną od czasu do czasu. Dlatego mogło to być w maju albo w końcu kwietnia. (Tamże, str. 295).

Tak wił się przed Międzynarodowym Trybunałem w Norymberdze hitlerowski wilk, Friedrich Ahrens, dowódca 537 pułku "łączności" przy armii "grupa środkowa". Ahrens musiał nawet potwierdzić fakty, przytoczone w Komunikacie Radzieckiej Komisji Specjalnej (ze stycznia 1944 r.), o którym wiedział, że go pogrąża! Musiał więc Ahrens przyznać, że do "obróbki" grobów katyńskich - przed sprowadzeniem "wycieczek polskich intelektualistów" i tzw. "Międzynarodowej Komisji Lekarskiej" - hitlerowcy użyli jeńców radzieckich. (Wolał jedynie zmniejszyć ich liczbę dziesięciokrotnie i określił ją "na około 40 do 50". Ale Ahrens nie pisnął ani słówka na temat losu, jaki spotkał tych jeńców radzieckich, gdy "przygotowali" już groby katyńskie wedle żądań hitlerowców - Protokoły Procesu Norymberskiego, t. XVII, wyd. cyt., str. 283). Musiał Ahrens przyznać, że wokół sztabu 537 jednostki "łączności" nocami las huczał od strzałów, ale tłumaczył to... nocnymi manewrami, które przeprowadzał dla przyuczenia swych żołnierzy ("łączności") do walk nocnych (Tamże, str. 280). Musiał również Ahrens przyznać, że najściślejsza tajemnica otaczała siedzibę jego sztabu, ale tłumaczył to koniecznością strzeżenia "sekretnych dokumentów". Musiał Ahrens przyznać, że między siedzibą jego sztabu a szosą Smoleńsk-Witebsk istotnie panował "niezwykle ożywiony ruch", ale tłumaczył to znowu... manewrami oraz robotami remontowymi w willi na "Kozich Górach" (Tamże, str. 281).

Ktoś zapyta: czemuż zatem Trybunał Norymberski nie uznał hitlerowców winnymi zbrodni katyńskiej? Odpowiedź na to pytanie zawarta jest w innym... pytaniu: a czemuż to Trybunał Norymberski, wbrew protestowi sędziego radzieckiego, nie uznał winy ani hitlerowskiego sztabu generalnego, ani hitlerowskiego naczelnego dowództwa sił zbrojnych (OKW) - mimo iż zbrodniczość i wina obydwu tych formacji została w pełni dowiedziona? M. in. - jak to widzieliśmy na podstawie dokumentów - w sprawie mordowania jeńców wojennych! Czemu też Trybunał Norymberski, znowu wbrew protestowi sędziego radzieckiego, uniewinnił notorycznych hitlerowskich zbrodniarzy wojennych: Schachta, von Papena, Fritschego?

Nie zapominajmy: wyrok swój Trybunał Norymberski ogłosił w dn. 30 września i 1 października 1946 roku, a przeszło pół roku wcześniej, w dniu 5 marca 1946 r. Churchill w Fulton (USA) rzucił, już zupełnie jawnie, hasło nowej, przejętej z rąk Guderianów i Ahrensów, "krucjaty" antyradzieckiej. Nic nie dzieje się przypadkowo. Nigdy i nigdzie...

***

W roku 1948 klika emigrancka wydała w Londynie kilkakrotnie tu już wspomnianą książkę pt. Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów. Książkę poprzedził przedmową "sam" baron Anders, podkreślając m. in., że nad zestawieniem tego dzieła pracowano wiele lat. Każde zatem słowo tej nikczemnej książki, wrącej nienawiścią do Związku Radzieckiego i Polski Ludowej, zostało troskliwie zważone na najczulszej szali faszystowskiej nienawiści, ażeby ułożyło się zgodnie z tezą Andersa - i Goebbelsa.

Otóż nawet w tej plugawej, wściekle antyradzieckiej książce andersowcy nie byli w stanie ukryć zakłopotania z powodu więcej niż podejrzanego terminu "odkrycia" grobów katyńskich przez hitlerowców oraz z powodu długiego okresu przygotowawczej "obróbki" grobów, która trwała co najmniej kilka miesięcy.

"Na zakończenie - pisze w swej relacji zamieszczonej w Zbrodni Katyńskiej znany z prohitlerowskich sympatii dziennikarz reakcyjny J. Mackiewicz - chciałbym dodać luźne uwagi w sprawie, co do której nie mam żadnych konkretnych danych, ale na pytania jej dotyczące wypadało mi nieraz odpowiadać rodakom w kraju. Chodzi tu o termin odkrycia grobów przez Niemców. Będąc głęboko przekonany (! - B. W.), że zbrodni katyńskiej dopuścili się bolszewicy, z drugiej strony przekonany jestem, że Niemcy dokonali odkrycia o wiele wcześniej, niż do tego się przyznali". (Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów, str. 277-278, podkreślenia moje - B. W.)

A oto - fragment z innej również w andersowskiej książce zamieszczonej relacji członków pierwszej "wycieczki polskiej" do Katynia (wycieczki zorganizowanej przez hitlerowców):

"W toku rozmów z Niemcami członkowie wycieczki zapytali, dlaczego dopiero teraz powiadamia się Polaków o znalezieniu masowych grobów, które Niemcom były już znane co najmniej od kilku miesięcy? Odpowiedziano ze strony niemieckiej, że jest to wina dowództw wojskowych, które w toku żywych operacji frontowych zlekceważyły wartość i znaczenie tego wstrząsającego odkrycia". (Tamże, str. 247).

Nie ma potrzeby podkreślać, że tego rodzaju "wyjaśnienie" - niezgodne z wydarzeniami wojskowymi, sprzeczne z zeznaniami Ahrensa w czasie procesu norymberskiego, sprzeczne nawet z hitlerowskimi komunikatami oficjalnymi oraz z hitlerowskim Urzędowym materiałem w sprawie masowego mordu w Katyniu - nie ma potrzeby podkreślać, że tego rodzaju "wyjaśnienie" świadczyło jedynie o skrajnym zakłopotaniu hitlerowskich inscenizatorów prowokacji katyńskiej.

Zakłopotani - zakłopotaniem swoich mistrzów - andersowscy również nie znajdują żadnego wyjaśnienia z wyjątkiem mglistej aluzji do "celów propagandowych".

A przyczyna całej tej tajemnicy jest niezwykle prosta, jest nieuchronna, jest jedna tylko:

Hitlerowcy wiedzieli o grobach oficerów polskich w lesie Katyńskim już w 1941 roku z tej prostej przyczyny, że w roku 1941 oficerów polskich wymordowali w lesie Katyńskim i tamże pochowali w masowych grobach.

Myśl o propagandowym wyzyskaniu własnej zbrodni powzięli hitlerowcy z początkiem roku 1943, ze względu na swą rozpaczliwą sytuację wojskową i w celu osiągnięcia politycznych celów, które szeroko zanalizowaliśmy. Oto jest prawda prosta i straszliwa, równie prosta i straszliwa jak ta, która dotyczy wymordowania 6 milionów Polaków w obozach zagłady, równie prosta i straszliwa jak ta, która dotyczy wymordowania kilkunastu milionów jeńców radzieckich i cywilnych obywateli radzieckich - prawda o zbrodni katyńskiej.

- Ale przecież - woła pozagrobowy, amerykański głos Goebbelsa oraz reakcja polska - ale przecież w grobach katyńskich znaleziono dokumenty, a zwłaszcza gazety, których daty nie przekraczają wiosny 1940 roku.

A więc dobrze, przyjrzyjmy się, jak szukano i jak znaleziono owe dokumenty i gazety. Przyjrzyjmy się całej potwornej hitlerowskiej technice fałszerstw - i to posługując się źródłami wrogimi Związkowi Radzieckiemu.

 


 

Rozdział VIII. HITLEROWSKA TECHNIKA "ZNAJDYWANIA" DOWODÓW.

Goebbels, reakcja polska i amerykańscy inscenizatorzy starej goebbelsowskiej prowokacji katyńskiej twierdzą, iż daty dokumentów i gazet, znalezionych przy zwłokach w Katyniu urywają się wiosną 1940 r. Jest to kłamstwo podwójne. Przede wszystkim przeczą temu twierdzeniu bezpośrednie fakty. Komunikat radzieckiej Komisji Specjalnej wylicza szereg znalezionych przy zwłokach dokumentów, których daty sięgają i września 1940 r., i listopada 1940 r., i marca 1941 r., i mają, a nawet 20 czerwca 1941 roku, a więc przedednia wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej.

Ale twierdzenie Goebbelsa, reakcji polskiej i amerykańskich wskrzesicieli prowokacji goebbelsowskiej w sprawie daty znalezionych przy zwłokach dokumentów - zawiera jeszcze drugie, bodajże perfidniejsze kłamstwo. Twierdzenie to bowiem przemilcza niezwykle ważną, rozstrzygającą w tym wypadku sprawę: data dokumentów i gazet, pięknie, ale dokumentów i gazet przez kogo przy zwłokach umieszczonych? Przez kogo i w jakich okolicznościach znalezionych i odczytanych?!

Odpowiemy na to pytanie, opierając się na źródłach wrogich Związkowi Radzieckiemu.

"Prace rozpoznawcze, konieczne dla identyfikacji dokumentów, przeprowadzali urzędnicy tajnej policji polowej" albo "profesor dr Gerhard Buhtz" (Stuprocentowy hitlerowiec, wyznaczony przez centralne władze hitlerowskie do "kierowania dochodzeniem sądowo-lekarskim" w Katyniu.) - stwierdza bez wszelkich niedomówień, na str. 41-42, hitlerowskie wydawnictwo Amtliches Material zum Massenmord von Katyn czyli Urzędowy materiał w sprawie mordu masowego w Katyniu. Jest rzeczą znamienną, że współautorzy andersowskiej Zbrodni katyńskiej usiłują na wszelki niegodziwy sposób ratować "bezstronność" stuprocentowego hitlerowca, jakim był prof. Buhtz. Tak określił go bułgarski profesor Markow, uczestnik sprowadzonej przez hitlerowców do Katynia tzw. "Międzynarodowej Komisji Lekarskiej". Ale nawet gdybyśmy nie rozporządzali tym świadectwem, możemy przyjąć za pewnik - na podstawie znajomości praktyki hitlerowskiej - że władze III Rzeszy nie mianowałyby na stanowisko kierownika ekshumacji w Katyniu człowieka, który by nie był hitlerowcem, i to stuprocentowym.

"Prof. Buhtz robił wrażenie kulturalnego Europejczyka (!), fachowca (!!) do głębi przejętego pracą sobie powierzoną" - pisze cytowany już reakcyjny dziennikarz J. Mackiewicz (Zbrodnia katyńska, str. 266).

"Według mojej opinii prof. Buhtz traktował prace, przeprowadzane w Katyniu, jako naukowiec i z tego powodu miał nawet pewne zatargi z kierownictwem miejscowym niemieckiej propagandy" (!) - usiłuje przelicytować Mackiewicza lekarz J. Wodziński, wysłany do Katynia przez hitlerowców z tzw. "Techniczną Komisją Polskiego Czerwonego Krzyża". (Tamże, str. 208).

Taki sam dyplom "bezstronności" wystawia Wodziński i pozostałym trzem lekarzom hitlerowskim, przydzielonym do Katynia: dr Schmidtowi, dr Muellerowi oraz doc. dr Huberowi. I to - po "naukowych doświadczeniach", które lekarze hitlerowscy przeprowadzali na więźniarkach polskich w Ravensbrueck i innych obozach śmierci. Jakże oślepia i zaślepia andersowska "ideologia"!

My jednak możemy przyjąć bez obawy popełnienia najmniejszej omyłki, że hitlerowiec prof. Buhtz ze swymi trzema hitlerowskimi asystentami przeprowadzał "prace rozpoznawcze" z bezstronnością równą dokładnie bezstronności urzędników tajnej hitlerowskiej policji polowej.

A teraz - o "dokładności" samych "prac".

Według Amtliches Material ekshumacje rozpoczęły się 29.03.1943 r. a przerwane zostały 3.06.1943 r. (Amtliches Material, str. 38 i str. 40). W ciągu 67 dni miano jakoby zbadać i zidentyfikować - wciąż wg Amtliches Material - 4143 zwłoki. Mieli tego dokonać 3 lekarze hitlerowscy oraz Wodziński. Albowiem "sam prof. Buhtz przebywał - za czasów mego pobytu w Katyniu (29.04-3.06.1943) - w Smoleńsku i na teren lasku przyjeżdżał dość nieregularnie - raz do trzech razy w tygodniu" - pisze Wodziński. (Zbrodnia katyńska, str. 208). Wypadałoby więc na 4 lekarzy 61-62 zwłoki dziennie, czyli 15-16 na jednego lekarza. Nawet jeśli się przyjmie, że każdy z 4 lekarzy pracował 10 godzin dziennie, to i tak nie sposób byłoby określić ich pracy jako dokładnych badań sądowo-lekarskich.

Ale rzecz w tym, że ci czterej lekarze ani nie pracowali po 10 godzin dziennie, ani nie pracowali 67 dni! Lekarze hitlerowscy "dopiero później w drugiej połowie maja... przeprowadzili szereg oględzin zwłok" - przyznaje Wodziński. (Zbrodnia katyńska, str. 207, podkreślenia moje - B. W.). On zaś sam, Wodziński, "od połowy maja" zaniechał "osobistego oglądania każdych bez wyjątku wydobytych z grobów zwłok". Innymi słowy Wodziński, który faktycznie przystąpił do pracy 1-2 maja (Por. Zbrodnia katyńska, str. 204), zdążył do połowy maja obejrzeć dokładnie zwłoki z rozkopanych uprzednio przez hitlerowców mogił, zwłoki, przy których hitlerowcy umieścili to, co umieścić chcieli.

A jak przedstawiała się technika sprawdzania i utożsamiania dokumentów i gazet, znalezionych rzekomo przy zwłokach? Posłuchajmy, co o tym pisze Amtliches Material oraz Wodziński, którego nie sposób podejrzewać o chęć wzbudzenia wątpliwości w stosunku do hitlerowskich metod "badawczych".

Dokumenty i gazety, znalezione przy zwłokach, były bez sprawdzania, bez czytania na miejscu układane od razu do papierowych torebek, oznaczonych tym samym numerem, co zwłoki. (Amtliches Material, str. 41-42). Przy czym "z powodu bardzo dużej ilości tych gazet, zachowano z nich tylko kilka numerów..." - notuje Wodziński (Zbrodnia katyńska, str. 217) nie domyślając się nawet, jak bardzo takim choćby szczegółem kompromituje całą prowokację katyńską.

Ale na tym jeszcze nie koniec:

"Powyżej opisana praca (wkładanie znalezionych dokumentów do kopert itd. - B. W.) - przyznaje Wodziński - odbywała się pod ścisłym nadzorem podoficerów niemieckiej policji polowej, którzy nie wtrącając się bezpośrednio do prac obserwowali je pilnie i uniemożliwiali w ten sposób ukrywanie znalezionych na zwłokach przedmiotów i niewkładanie ich do oficjalnych kopert. Zaznaczyć należy, że członkowie Komisji Technicznej PCK na miejscu nad grobami nie przeprowadzali dokładniejszych badań znalezionych dokumentów i, co za tym idzie, nie identyfikowali zwłok oraz nie sporządzali ich listy". (Tamże, str. 217-218, podkreślenia moje - B. W.).

A co się stało z owymi "oficjalnymi kopertami", gdy już w nie powkładano "znalezione" przy zwłokach dokumenty?

"Każdego dnia po zakończeniu prac po godzinie 12 i 5 po południu" odwoził je "niemiecki goniec motocyklowy", któremu - śpiesznie dodaje Wodziński - "często towarzyszył członek Komisji Technicznej PCK". (Tamże, str. 218, podkreślenia moje - B. W.).

Odrzucając ten, gwoli przyzwoitości, wstawiony przysłówek "często"... - możemy przyjąć bez obawy popełnienia pomyłki, że dokumenty, których na miejscu nie badali nawet członkowie Komisji Technicznej PCK, sprowadzeni przez hitlerowców - przewoził goniec niemiecki, który po drodze mógł, oczywiście, zmienić do woli zawartość kopert. Ale na tym nie koniec szalbierstwa.

Koperty z dokumentami przewożono do domku, położonego w odległości 5-6 km od lasu Katyńskiego w kierunku na Smoleńsk - opowiada Wodziński - "gdzie mieściła się komisja sporządzająca listę identyfikacyjną zwłok oraz znalezionych dokumentów i przedmiotów". (Tamże).

W domku tym - jak stwierdza Wodziński - urzędował stale podoficer hitlerowskiej Geheim Feldpolizei (tajna policja polowa), mając do pomocy jeszcze jednego Niemca. Pierwsze skrzypce w "odczytywaniu" znalezionych dokumentów grała - wciąż wg Wodzińskiego - "pewna Volksdeutschka", której metody "badawcze" Wodziński tak opisuje:

"Jak to sam zaobserwowałem, Volksdeutschka tłumaczyła na niemiecki tylko te części pamiętników, które zawierały treść kompromitującą Sowiety". (Tamże, str. 221).

Po czym pozostawało już tylko te tak "bezstronne i dokładnie zbadane" dokumenty przetłumaczyć na skażoną polszczyznę szmatławców - i wystawić "dokumenty" w oszklonej gablotce, by z iście hitlerowską czelnością móc te rzekome "dowody zbrodni bolszewików" pokazywać (za szkłem) "wycieczkom" sprowadzanym przez hitlerowców i eskortowanym przez hitlerowców. "Wycieczkom", sprowadzanym przez morderców na groby ich własnych ofiar! Na tym właśnie polegała już od dawna hitlerowska technika znajdywania - w każdej godzinie niesławnej historii III Rzeszy - potrzebnych (hitlerowcom) i dogodnych (dla hitlerowców) "dowodów".

Przy stosowaniu tego rodzaju "techniki" nieuniknione były przykre dla hitlerowców przeoczenia w rodzaju tych, które wymienia komunikat radzieckiej Komisji Specjalnej oraz kompromitujące hitlerowców pomyłki. O jednej z takich pomyłek goebbelsowskich fałszerzy świadczy list, który ukazał się w Trybunie Ludu z dnia 24.03.1952 r.:

"W związku z mordem katyńskim pragnę podzielić się z Szanowną Redakcją faktem, jaki miał miejsce w czasie okupacji niemieckiej. Znalazłem się mianowicie na liście zamordowanych oficerów w Katyniu. Lista ta ogłaszana była w prasie gadzinowej, a mianowicie w Nowym Kurierze Warszawskim. Że notatka dotyczyła mojej osoby, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Poza imieniem i nazwiskiem zgadzała się, co najważniejsze - data urodzenia (1900). Gazetę zachowałem jako curiosum, lecz niestety zaginęła w czasie powstania warszawskiego. A oto garść szczegółów rzucających pewne światło na całą sprawę.

Dnia 24 sierpnia 1939 roku powołany zostałem do 31 pp. do Sieradza. Pełniłem tam funkcję dowódcy plutonu zwiadowczego w randze porucznika. W dniu 8 września wskutek zmylenia drogi oddzielił się tabor pułkowy kierując się na Łódź, podczas gdy pułk udał się przez Aleksandrów Łódzki w kierunku na Łowicz. W taborze na wozie oficerskim znajdowała się moja waliza, a w niej książeczka wojskowa, która później posłużyła do zgłoszenia mnie na liście zamordowanych w Katyniu.

Z poważaniem Stanisław Piniński

Warszawa, Al. Wilanowska 181"

Hitlerowcy nie tylko więc podrzucali do grobów katyńskich "odpowiednio" datowane gazety, ale niekiedy wtykali do kieszeni swoim katyńskim ofiarom znalezione uprzednio - np. w czasie kampanii wrześniowej 1939 roku - dokumenty wojskowe.

O podobnym wypadku pisze w liście do redakcji katowickiej Trybuny Robotniczej (nr z dn. 6.03.1952 r.) Stanisław Kulin, zamieszkały w Bytomiu. Kulin, który w czasie wojny służył jako szeregowiec w armii Andersa, przytacza następujący fakt, demaskujący zarówno hitlerowskich morderców i prowokatorów z Katynia, jak również andersowców, którzy się tej prowokacji uchwycili:

"W Centrali Poszukiwań Polskiego Czerwonego Krzyża w Kairze (Egipt) - pisze Stanisław Kulin - pracowała ochotniczka, kapral Weronika Święcicka, żona ppłk. W. P. Teofila Święcickiego, który na podstawie sporządzonych przez Niemców wykazów figurował na jednej z list, jako zamordowany w Katyniu. Święcicka mając pewność, że chodzi tu o jej męża, gdyż drugiego oficera o tych samych personaliach nie było w rejestrach oficerów armii polskiej, zamierzała już zawrzeć nowe małżeństwo.

W roku 1945 po zakończeniu wojny otrzymałem od szefa kancelarii polecenie, aby nadać radiogram z Rzymu, przez telefon z Komendy Miasta do Centrali Poszukiwań PCK w Kairze treści następującej:

"Komenda Miasta Kair - proszę powiadomić ochotniczkę Święcicką Weronikę, że mąż jej, Teofil, żyje i znajduje się w Rzymie. Dnia... (nie pamiętam) samolotem o godzinie... odleci z Rzymu do Kairu". Następuje podpis komendanta m. Rzymu.

Po przybyciu ppłk. Święcickiego do Kairu okazało się, że był on wzięty do niewoli niemieckiej i do końca wojny przebywał w jednym z obozów oficerskich. Tam też zostały mu zabrane przez Niemców jego dokumenty. Była to głośna sprawa. Zastanawiałem się nieraz, jakim cudem dokument ppłk. Święcickiego przebywającego w obozie niemieckim znalazł się w Katyniu".

Był to jeden z owych "cudów", które hitlerowcy nagminnie stosowali w toku fabrykowania prowokacji katyńskiej. Nie mniej charakterystyczna - i demaskująca prowokację katyńską - jest historia Stanisława Kołodziejczyka. Podporucznik rezerwy, urodzony 16.09.1899 roku we Lwowie, obecnie zamieszkały w Skawinie i zatrudniony w charakterze głównego mechanika w Skawińskich Zakładach Materiałów Ogniotrwałych - Kołodziejczyk pracował przed wojną w warsztatach kolejowych w Stanisławowie. Wyjeżdżając w październiku 1939 roku do Lwowa, pozostawił u swego kolegi, Piotra Piotrowskiego, niektóre swoje dokumenty- m. in. książeczkę wojskową, legitymację pracownika PKP, bezpłatny bilet kolejowy PKP II kl. i pozwolenie na broń.

Piotrowski został aresztowany przez gestapo w kwietniu 1942 r. W czasie rewizji gestapowcy zabrali również dokumenty Kołodziejczyka. Samego Kołodziejczyka hitlerowcy uwięzili w dniu 13.04.1943 r. i - po krótkim areszcie w więzieniu gestapo we Lwowie - wywieźli do Oświęcimia, gdzie Kołodziejczyk przebywał aż do wyzwolenia.

W sierpniu 1945 roku Stanisław Kołodziejczyk odnalazł swą rodzinę i przyjaciół w Gliwicach. Na jego widok - jak sam opowiada - "żegnano się", witając go jako "zmartwychwstałą ofiarę katyńską". Albowiem w Gazecie Lwowskiej nr 127 z dnia 1.06.1943 r. wśród innych ofiar Katynia figurował m. in.:

"Kołodziejczyk Stanisław, oficer rezerwy, pozwolenie na broń, legitymacja urzędnika państwowego, bezpłatny bilet kolejowy PKP 2-ej klasy".

Miejscowe szmatławce i oddziały gestapo - zgodnie z duchem prowokacji goebbelsowskiej - "fabrykowały" na własną rękę "ofiary Katynia". Ponieważ gestapo lwowskie liczyło na śmierć Stanisława Kołodziejczyka, wywiezionego do Oświęcimia, umieściło jego nazwisko na liście "oficerów polskich zamordowanych przez bolszewików w Katyniu".

Warto tu jeszcze omówić sprawę tzw. "Międzynarodowej Komisji Lekarskiej", którą hitlerowcy sprowadzili pod koniec kwietnia 1943 r. do Katynia. Składała się ona albo z "ideowych" sprzymierzeńców III Rzeszy, albo też z lekarzy krajów okupowanych przez III Rzeszę lub od niej zależnych (jak np. Bułgar, profesor Markow, czy Czech, profesor Hajek). Ci ostatni, wbrew woli, zmuszeni byli uczestniczyć w tzw. Międzynarodowej Komisji Lekarskiej". (Por. oświadczenie prof. Hajka). Podkreślić wypada, że jeszcze przed amerykańską inscenizacją goebbelsowskiej prowokacji, bo w roku 1950, prof. Hajek ogłosił w organie Międzynarodowego Stowarzyszenia Lekarzy Medycyny Sądowej, ukazującym się w Liege (Belgia) - w Acta Medicinae Legalis et Socialis - dokładne sprawozdanie z sekcji, które przeprowadził w Katyniu. W konkluzji swej pracy prof. Hajek stwierdza, iż stan zwłok wykluczał, aby mord został dokonany o 3 lata wcześniej (w stosunku do kwietnia 1943 r.) tj. w roku 1940. Por. również relację dra Szebesty.

W sumie komisja spędziła nad grobami katyńskimi (w dniach 29 i 30 kwietnia 1943 r.) sześć do ośmiu godzin. (Wszystkie fakty, które tu przytaczamy, zawarte są w zeznaniach prof. Markowa złożonych w dniu 1 lipca i 2 lipca 1946 przed Trybunałem Norymberskim - Protokoły Procesu Norymberskiego t. XVII, wyd, cyt. Str. 332-360 - oraz w zeznaniach prof. Markowa, złożonych przed bułgarskim sądem ludowym w dn. 19.02.1945 r.). Przy tym - groby te zostały uprzednio otwarte przez hitlerowców. Członkowie komisji dokonali obdukcji 9 zwłok. Dokumenty oglądali - w szklanej gablotce. Nie przeprowadzali naukowej ekspertyzy dokumentów. Żaden z członków 12-osobowej komisji lekarskiej - z wyjątkiem rasistów Miroslavicza z Zagrzebia i Orsosa z Budapesztu - nie określił daty mordu na rok 1940. Wbrew ostatecznemu brzmieniu protokołu, który hitlerowcy przedstawili jako orzeczenie komisji i który tę datę tak właśnie określa!

Protokół różni się - właśnie w tym najistotniejszym punkcie! - od tekstu, jaki członkom komisji przedstawił w Smoleńsku prof. Buhtz (wieczorem 30.04.1943 r.). Wśród członków komisji mówiono wtedy powszechnie, że "Niemcy są z treści protokołu niezadowoleni" i dlatego nie kazali go podpisać w Smoleńsku. Włoski profesor Palmieri stwierdził, że hitlerowcy ze Smoleńska uzgadniali telefonicznie tekst protokołu z Berlinem.

Nazajutrz, w dniu 1 maja 1943 r., samolot wiozący członków komisji do Berlina nagle przerwał lot i wylądował na lotnisku wojskowym w Białej Podlaskiej. Członkom komisji, otoczonym przez kordon uzbrojonych hitlerowców, polecono wtedy podpisać protokół, w którym zjawiło się dodatkowe zdanie: zdanie, wskazujące na marzec-kwiecień 1940 r. jako rzekomą datę dokonania mordu, a to na podstawie "dokumentów", które członkowie komisji oglądali w... szklanej gablotce.

Takich to sztuczek użyli hitlerowcy nawet w stosunku do sprowadzonej przez nich samych do Katynia tzw. "Międzynarodowej Komisji Lekarskiej". Komisji, która - powtarzamy - rekrutowała się przeważnie z ludzi albo III Rzeszy całkowicie oddanych, albo też przez III Rzeszę terroryzowanych.

Jaki zaś los spotkał tych uczestników "wycieczek" czy "komisji", którzy byli na tyle nieostrożni, że w obecności niezbyt pewnych ludzi dawali świadectwo prawdzie - dowodzą m. in. dzieje byłego posła na Sejm z NPR ("Narodowej Partii Robotniczej"), Herca. Uważając go za zdecydowanego wroga komunizmu hitlerowcy wysłali Herca - wraz z jedną z licznych "komisji" - do Katynia. Hitlerowskie gazety ukazujące się w Poznańskiem - m. in. Grenzlandzeitung - zamieściły nawet fotografię Herca stojącego nad rozkopaną mogiłą katyńską. Pod fotografią widniał podpis: "Były poseł polski świadkiem zbrodni w Katyniu".

Jednakże Herc, z zawodu majster ślusarski i rusznikarz, wykrył na miejscu prawdziwe dowody zbrodni oskarżające niezbicie prawdziwych morderców - hitlerowców. M. in. uderzył go dobry stan odzieży na zwłokach oraz niemiecka amunicja w grobach. Powróciwszy do Poznania, trawiony słusznym gniewem, Herc w rozmowie z towarzyszami pracy w b. fabryce Cegielskiego dał wyraz najgłębszemu swemu przekonaniu, że straszliwą zbrodnię w Katyniu popełnili hitlerowcy. Na nieszczęście wśród tych, którym Herc zwierzył tajemnicę swego sumienia, znajdował się szpicel okupanta.

I tak oto niedawno honorowany przez prasę hitlerowską Herc znalazł się (w październiku 1943 roku) w kazamatach Fortu VII w Poznaniu w celi nr 59, skąd przewieziono go do obozu zagłady Gross-Rosen, gdzie też zginął w 1944 roku.

Pozostali przy życiu współwięźniowie Herca - m. in. Stanisław Pawłowski, zamieszkały obecnie w Poznaniu - stwierdzają zgodnie przyczynę i okoliczności aresztowania Herca. Herc wiedział, iż czeka go nieuchronna śmierć za to właśnie, iż stał się niewygodny dla morderców i prowokatorów z Katynia...

Prowokacja hitlerowska była szyta tak grubymi nićmi, iż kiedy w 9 lat później, w roku 1952, reakcyjna prasa zachodnio-niemiecka na rozkaz amerykańskich naśladowców Goebbelsa poczęła umieszczać iście goebbelsowskie artykuły na temat Katynia, w jednym z czasopism zachodnio-niemieckich ukazał się niezwykle charakterystyczny list. Mianowicie jeden z czytelników czasopisma Der Spiegel, dr Alfred M. Franke z Beverungen nad Wezerą pisze w Der Spiegel z dnia 23.01.1952 r. na temat okoliczności hitlerowskiej prowokacji katyńskiej m. in.:

"W 3-4 dni po pierwszych wiadomościach o Katyniu Voelkischer Beobachter opublikował adresy listów znalezionych przy kilku zabitych. Wtedy stał się prawdziwy cud, którym zachwycali się wszyscy spirytyści. Według Voelkischer Beobachter na kopertach tych listów już wiosną 1940 roku podane były adresy miejscowości i ulic przemianowanych w rok później przez Niemców. Zmarli wiedzieli więc już rok przedtem, iż Niemcy zmienią nazwy tych właśnie miejscowości i ulic".

***

Omówiliśmy kilka przykładów, charakteryzujących bezprzykładną w swym cynizmie "technikę znajdywania dowodów", którą hitlerowscy ludobójcy szeroko zastosowali w Katyniu nad grobami pomordowanych przez nich oficerów polskich. Ale nie tylko przytoczone powyżej fakty demaskują prowokatorów. Są jeszcze inne.

 


 

Rozdział IX. HITLEROWSKIE KULE I HITLEROWSKI OFICER OSKARŻAJĄ HITLEROWSKICH LUDOBÓJCÓW.

Pod datą 8 maja 1943 r. Goebbels notuje w swoich Pamiętnikach: "Niestety, w grobach katyńskich znaleziono niemiecką amunicję. Jak się tam ona dostała - wymaga wyjaśnienia... W każdym bądź razie jest rzeczą nieodzowną zachować to odkrycie w najściślejszej tajemnicy; gdyby bowiem ta tajemnica dotarła do wiadomości wroga, cała sprawa Katynia spaliłaby na panewce". (Le journal du Dr Goebbels, str. 335).

W grobach Katynia - i temu rzeczywistemu odkryciu hitlerowcy zapobiec nie zdołali - znaleziono łuski kul rewolwerowych ze stemplem na dnie tulejek: "GECO 7,65 D". Tak jest: w grobach Katynia znaleziono wyłącznie amunicję niemiecką, kalibru 7,65 mm, wyrobu firmy Genschow & Co, w Durlach, koło Karlsruhe, Badenia.

O zamieszaniu, o konsternacji, o przerażeniu, jakie wzbudziło wśród hitlerowców - od Katynia po Berlin - to niezamierzone przez nich i w czas nie usunięte rzeczywiste odkrycie, świadczą nie tylko zapiski w Pamiętnikach Goebbelsa.

Wiceprokurator radziecki, płk. Smirnow przedstawił w dniu 2 lipca 1946 r. Trybunałowi Norymberskiemu szereg autentycznych dokumentów, depesz i listów, które wysłali z Katynia hitlerowcy ogarnięci wprost paniką (Dokument Procesu Norymberskiego - ZSRR - 507). Znajduje się tam m. in. depesza podpisana "Heinrich", a skierowana do Franka za pośrednictwem pierwszego radcy administracyjnego przy rządzie Generalnej Guberni w Krakowie, Weinraucha. Depesza brzmi:

"Pilne, natychmiast doręczyć, ściśle tajne. Część delegacji PCK powróciła wczoraj z Katynia. Współpracownicy PCK zabrali ze sobą łuski kul, których użyto w czasie rozstrzeliwań w Katyniu. Jest rzeczą widoczną, że jest to amunicja niemiecka. Kaliber 7,65, wyrób firmy GECO. List w drodze (podpisano) Heinrich".

Nawet andersowska Zbrodnia katyńska potwierdza panikę, która wybuchła wśród hitlerowców, kiedy spostrzegli, iż przeoczyli tak obciążający dowód winy, jak niemiecka amunicja w grobach ich ofiar. Oto np. co pisze w swojej relacji prohitlerowski dziennikarz J. Mackiewicz, którego hitlerowcy zaprosili do Katynia pod koniec kwietnia 1943 r.

"Jeszcze w Wilnie w rozmowie z prof. S poruszaliśmy temat, że jednym z notorycznych (tj. znanych - B. W.) środków śledztwa przy badaniu morderstwa popełnionego za pośrednictwem pistoletu bywa znalezienie wystrzelonej łuski, zabezpieczenie jej i poddanie gruntownym oględzinom. Zwróciłem już uwagę profesora, że żaden ze znanych w prasie komunikatów niemieckich ani jednym słowem nie wspomina o łuskach. Tymczasem trudno jest przypuścić, ażeby przy tej ilości oddanych strzałów nie znaleziono ani jednej łuski pistoletowej, czy to w samych dołach, czy też w rozkopanych następnie terenach. Łuski musiałyby niewątpliwie ustalić nie tylko kaliber wystrzelonego pocisku, ale również rodzaj pistoletu. (Patrz: oświadczenie prof. Hajka).

Nie pomału się też zdziwiłem, zastawszy w Katyniu sprawę łusek pomijaną kompletnym milczeniem, ba, jakby tajemniczością. Zapytałem wprost o to wymienionego już kilkakrotnie oficera o czeskim nazwisku (Oberleutnanta Slowenczika, o którym wkrótce będzie mowa - B. W.). Zrazu odpowiedział wymijająco, następnie zaś dodał:

- Kwestia łusek nie jest istotna. Owszem znajdowaliśmy łuski i poddawali je gruntownemu badaniu, nie naprowadzają jednak na żaden konkretny wniosek.

...Któryś z Polaków pracujących przy wydobywaniu zwłok powiedział do mnie: o, kul nikomu oni nie pozwalają zabierać..." (Zbrodnia katyńska, str. 276, podkreślenie moje - B. W.).

To wszystko reakcja polska ujawniła po wojnie. Dopóki jednak hitlerowcy milczeli o niemieckiej amunicji w grobach Katynia, dopóty - rzecz ogromnie charakterystyczna! - starannie milczała o tym również prasa wszystkich reakcyjnych ośrodków, od NSZ po WRN, za granicą i w kraju.

Ochłonąwszy z paniki, o której pewne pojęcie dają przytoczone powyżej dokumenty i cytaty - hitlerowcy zrozumieli, że sprawy amunicji niemieckiej ukryć się nie da. Oficjalny dokument hitlerowski - Amtliches Material zum Massenmord von Katyn - nie ośmielił się już temu zaprzeczyć. Na str. 74 dokumentu hitlerowskiego czytamy:

"Fakt, że do egzekucji używano nabojów pistoletowych kalibru 7,65 mm udało się (!) stwierdzić przez znalezienie licznych gliz. Glizy noszą nieodmiennie znak "GECO 7,65 D"... Amunicja pistoletowa, użyta w Katyniu, kalibru GECO 7,65 mm, odpowiada amunicji produkowanej od wielu lat w fabryce amunicji Gustaw Genschow & Co, w Durlach, Badenia".

A zatem sami hitlerowcy musieli przyznać, iż egzekucja oficerów polskich w Katyniu dokonana została wyłącznie niemiecką amunicją, wyłącznie niemieckimi kulami. Rzecz jasna, hitlerowcy nie byliby hitlerowcami, gdyby - nawet w obliczu tak bezspornie obciążającego ich dowodu zbrodni - nie wynaleźli "usprawiedliwienia", nie sfabrykowali "wytłumaczenia". Hitlerowski dokument głosi, że "udało się" stwierdzić, iż amunicja użyta w Katyniu była niemiecka, ale przecież Niemcy mogły jej dostarczyć "Rosji". Po czym "Europejczyk" i "bezstronny uczony" profesor dr Gerhard Buhtz powołuje się na oświadczenie... firmy Gustaw Genschow & Co, (w Durlach, koło Karlsruhe, Badenia), że amunicja użyta do egzekucji została "z całą pewnością" wytworzona w latach 1922/31, z czego ponoć wynika, że była ona eksportowana z Niemiec (?) i dlatego "dziwić się nie należy żadną miarą, że na miejscu zbrodni znaleziono amunicję niemieckiej produkcji". (Ten fragment z Amtliches Material cytowany jest na widocznym miejscu przez andersowską Zbrodnię katyńską, str. 134).

Ale skoro tak, to czemuż hitlerowcy byli przerażeni obecnością niemieckiej amunicji w grobach oficerów polskich w Katyniu? Czemuż "Heinrich" alarmował telegraficznie rząd GG? Czemuż Goebbels - jeszcze 8 maja! - z rozpaczą pisał, iż "gdyby tajemnica amunicji niemieckiej dotarła do wiadomości wroga, cała sprawa Katynia spaliłaby na panewce"? Słowem, skoro mieli tak "znakomite dowody", czemuż hitlerowcy tak długo próbowali ukryć i zataić fakt znalezienia amunicji niemieckiej w grobach Katynia?

Odpowiedź jest prosta - i nieodparta. Jak to się często zdarza w kryminalistyce, zbrodniarz starannie zacierając ślady zbrodni zapomina o dowodach najbardziej oczywistych, leżących wprost "na wierzchu". To również wydarzyło się w Katyniu największym masowym zbrodniarzom świata, hitlerowcom.

Czyniąc wielomiesięczne przygotowania do "odkrycia" grobów katyńskich, przeoczyli łuski "GECO 7,65 D" - przeoczyli własną, niemiecką amunicję, którą się bardzo prosto posłużyli, mordując masowo oficerów polskich, jesienią 1941 roku. Hitlerowskie kule oskarżają hitlerowskich morderców - w sposób nieodparty.

I oskarża ich również pewien hitlerowski oficer, ów właśnie "oberleutnant policji SS o czeskim nazwisku" - Gregor Slowenczik. Ten sam, który zapewniał J. Mackiewicza, że niemieckie łuski "nie naprowadzają" ponoć "na żaden konkretny wniosek".

"Porucznik Slowenczik - pisze Wodziński - wydawał się dawać z siebie wszystko, aby sprawę katyńską wykorzystać możliwie najpełniej z punktu widzenia niemieckiej propagandy". (Zbrodnia katyńska, str. 208). Otóż Slowenczik, faktyczny kierownik propagandy w Katyniu, odnalazł się po wojnie. Oberleutnant Slowenczik, członek partii hitlerowskiej (Ortsgruppe der NSDAP "Hungerberg", numer legitymacji członkowskiej 6330400) został w 1948 r. aresztowany przez policję wiedeńską. Wśród aktów przekazanych prokuraturze znajduje się list, który Sloewnczik wysłał z Katynia do rodziny swej w Wiedniu, w dniu 25 kwietnia 1943 r. List Slowenczika w tłumaczeniu na język polski brzmi:

"Nadawca: por. Gregor Slowenczik Fp. (poczta polowa) Nr 38925

Adresat: Maria Bergl (Czizek)

Wiedeń 19, Hohe Warte 21

Katyń, 25.04.1943 r.

Moje drogie Weslatscherl.

Piszę już nie ze Smoleńska, gdyż od rana do wieczora jestem przy moich trupach - o 14 km stąd. Są to nieprzyjemni chłopcy. Pomimo to lubię ich, tych biednych chłopców z wykrzywionymi twarzami, o ile jeszcze zostały one na kościach. Kocham ich gorąco, bo dzięki nim mogłem wreszcie zrobić coś dla Niemiec. A to pięknie.

Katyń, którego wynalazcą przecież jestem ja, przysparza mi ogromnie dużo pracy. To, co tu się robi - wszystko spoczywa na mnie. Memu kierownictwu podlegają ekshumacje zwłok - tak by był zawsze odpowiedni materiał propagandowy, poza tym wszystkie delegacje, przybywające codziennie samolotami, rozprowadzanie tez odczytowych, które także między innymi opracowuję, i książki Das Ende von Katyn (Koniec Katynia), przy której również współpracowałem.

Od czterech tygodni sypiam po 4 godziny dziennie, ale sprawa jest tak piękna i tyle warta, że daje mi ona siły do wytrwania. I najpiękniejsze jest to, że wszyscy moi towarzysze tutaj od Komendanta aż do mego... mówią: Nikt nie potrafiłby tak poprowadzić tego interesu jak ten austriacki porucznik z Wiednia.

A że przy tym znajduję jeszcze czas dla Was, drogie dzieci, organizować jaja i posyłać je samolotem, to dowodzi Wam, że całą tę robotę ostatecznie robi się dla naszej rodziny. Weslatscherl, proszę zrozum to, choć tylko pobieżnie mam czas o tym Tobie pisać.

Naprawdę nie wiem, gdzie ja mam głowę i dziwię się, że wszystko dobrze idzie, kramik też.

Być może po ukończeniu akcji propagandowej, wypadnie mi kilkutygodniowy urlop dla mej książki. Wtedy w niejednym będę potrzebował Twej rady.

Na domiar wszystkiego wczoraj wpadł na mnie w naszym kasynie Dr Mettin. Jest on też tutaj i wita we mnie europejską sławę. Jest on w mym oddziale oficerem do szczególnych poruczeń i mogę mu tu być pomocny. Są tu także takie 7-miesięczne dzieci.

Napiszcie mi zaraz (znaczek lotniczy załączam), co tam u Was słychać, co porabiacie. Czy mam postarać Ci się o rosyjską służącą? Czy możesz ją z Berlina dalej zabrać?

Od Heerl otrzymałem dalszych 5 paczek wielkanocnych. Bardzo dziękuję. Może będę mógł także posłać tłuszcz. Oleju tu nie ma, ale z mojej racji będę mógł zaoszczędzić trochę masła. Kiedy nie jestem w Katyniu, nie wypuszczam prawie pióra z ręki. Moje największe osiągnięcia dzisiaj - to zerwanie stosunków dyplomatycznych między ZSRR i Polską. Wszyscy mi tego winszują.

Stoi już tu przy mnie paczka, która za 3 dni stąd odejdzie - do Berlina samolotem, a stamtąd pocztą.

Wszystkim Wam, a Tobie szczególnie wiele serdeczności. Kłaniaj się mej Heerl. Twej wspaniałej córce.

Wasz Gregor

Fotografie dla Gapperta wyślę później, bo muszę uzyskać zezwolenie od OKW".

Spoza zwierzeń oberleutnanta Gregora Slowenczika na temat "zorganizowania" dla rodziny przesyłki jaj, tłuszczu, masła i "rosyjskiej służącej" - spoza tego tak charakterystycznego dla hitlerowskich ludobójców sentymentalnego szczebiotu wyłania się bardzo konkretny obraz prowokacji katyńskiej.

1) Slowenczik, porucznik kompanii propagandowej, stwierdza, że jest terenowym "wynalazcą Katynia".

2) Slowenczik potwierdza, iż inscenizacja i fałszerstwo były całkowite: zwłoki ekshumowano w taki sposób, aby odpowiadały propagowanej przez hitlerowców tezie. Odnosi się to, rzecz prosta, i do dokumentów przy zwłokach.

3) Slowenczik - podobnie zresztą jak Goebbels - uważa podchwycenie prowokacji katyńskiej przez reakcję polską w Londynie za wielki sukces III Rzeszy.

4) Slowenczik daje próbkę owego wstrząsającego cynizmu, z jakim hitlerowscy mordercy traktowali pomordowanych przez siebie oficerów polskich.

Dodajmy jeszcze, że oberleutnantem Slowenczikiem zainteresował się bardzo dokładnie i - żeby tak rzec - "szczelnie" wywiad amerykański... Nie na wiele się to zdało. Hitlerowskie kule z Katynia i hitlerowski oficer z Katynia oskarżają głośno hitlerowskich morderców z Katynia.

***

Wszystko zatem demaskuje, wszystko wskazuje sprawcę zbrodni katyńskiej. Począwszy od metody prowokacji, rozbudowanej przez hitlerowców do wielkości stale stosowanego systemu, poprzez hitlerowską politykę eksterminacji narodu polskiego (zwłaszcza inteligencji), poprzez hitlerowską praktykę masowego zgładzania jeńców na froncie wschodnim, zwłaszcza jesienią 1941 r. i zimą 1941/42 r., poprzez sytuację polityczno-strategiczną w roku 1941 i w roku 1943, a na wyznaniach poszczególnych hitlerowców i dowodach rzeczowych kończąc - wszystko dowodzi niezbicie iż oficerów polskich wymordowali w Katyniu ci sami hitlerowscy ludobójcy, którzy zgładzili przeszło 6 milionów obywateli polskich i przeszło 17 milionów obywateli radzieckich.

...A jednak amerykańskie koła rządzące odgrzebały - jesienią 1951 i zimą 1951/52 roku - plugawą prowokację Goebbelsa. Rzecz jasna, podobnie jak kierownictwo III Rzeszy po klęsce pod Stalingradem wiosną 1943 roku tak samo i amerykańskie koła rządzące uchwyciły się prowokacji katyńskiej z przyczyn polityczno-strategicznych, z haniebnego wyrachowania, dyktowanego brudną polityką imperialistyczną.

I znowu: zrozumienie tych przyczyn politycznych dopiero pozwala zdemaskować w pełni zbrodniczą grę waszyngtońskich naśladowców Goebbelsa, waszyngtońskich wspólników Kruppa i Guderiana. Tym razem jednak zastosujemy inny nieco porządek rozważań aniżeli w części dotyczącej zbrodni i prowokacji hitlerowców. Tym razem - zanim zanalizujemy motywy polityczne, którymi powodują się amerykańscy prowokatorzy - pokażemy tych panów w działaniu. Pokażemy ponurą i równocześnie błazeńską farsę "katyńską", którą zgodził się odegrać Kongres USA - i która jest nową obelgą dla rodzin ofiar katyńskich, nową obelgą dla wszystkich, co walkę przeciw hitleryzmowi przypieczętowali życiem.

 


 

Rozdział X. GOEBBELS PLUS KU-KLUX-KLAN...

W pierwszych dniach lutego 1952 roku, w 9 lat po klęsce hitlerowskiej Rzeszy pod Stalingradem - i w 9 lat od dnia, kiedy hitlerowcy podjęli gorączkowe przygotowania do prowokacji katyńskiej - rozpoczęła publiczną działalność tak zwana "Komisja Kongresu USA w Sprawie Katynia". Odbyło się to przy biciu w bębny propagandowe, którego nie powstydziłby się sam mistrz, Herr Reichsminister Doktor Joseph Goebbels.

Ukrywający się w półcieniu właściwi reżyserzy amerykańsko-hitlerowskiej imprezy dobrali do wykonania tej ciemnej i brudnej roboty ludzi - trzeba to bezstronnie przyznać - właściwych: ludzi brudnych, robaczywych. Ludzi, których nie powstydziłby się sam kulawy Reichsminister Doktor Joseph Goebbels.

Przewodniczący "katyńskiej" Komisji Kongresu USA kongresman Ray S. Madden jest członkiem jawnie faszystowskiej organizacji "American Legion" ("Legion Amerykański") - jak to stwierdza organ tej organizacji The American Legion Magazine. Czym właściwie jest "Legion Amerykański" powiedział trafnie i wyczerpująco jego komendant Alvin Owsley w 1922 roku: "Faszyści są tym dla Włoch, czym "Legion Amerykański" dla Stanów Zjednoczonych".

Trudno o ściślejszą definicję. Dodajmy, iż sam Mussolini był regularnie zapraszany w charakterze honorowego gościa na zjazdy "Legionu Amerykańskiego". Na przełomie lat 1934-1935 wykryto przygotowywany przez przywódców "American Legion" faszystowski zamach stanu, który wymierzony był przede wszystkim przeciw prezydentowi Rooseveltowi (Sprawozdanie nr 153 Izby Reprezentantów Kongresu USA z dnia 15.02.1935 r.).

Nic tedy dziwnego, że członek "Legionu Amerykańskiego" kongresman Madden stał się, wśród kół rządzących USA, jednym z głównych orędowników faszystowskiej kliki andersowsko-sanacyjnej, za co nawet otrzymał od niej "order". W świetle przytoczonych faktów nikt chyba nie zaprzeczy, że kongresman Ray S. Madden, członek faszystowskiego "Legionu Amerykańskiego" i mąż zaufania zdrajców Polski spod znaku Becka, został - jako przewodniczący "katyńskiej" Komisji Kongresu USA - trafnie dobrany.

Wpływowym członkiem Komisji jest kongresman Alvin E. O'Konski, którego współpraca z hitlerowcami - współpraca "ideowa", ale... nie bezinteresowna - sięga roku 1938. W ścisłym porozumieniu z ówczesnym konsulem niemieckim w Milwaukee oraz z przywódcą hitlerowskiej organizacji w USA (tzw. "Bundu") O'Konski wygłaszał płomienne przemówienia sławiące hitlerowski ustrój i III Rzeszę. Wybrany w czasie wojny do Kongresu, dzięki poparciu prohitlerowskich organizacji niemieckich w USA, O'Konski stale orędował za III Rzeszą. W 1944 roku, kiedy Armia Radziecka gromiła hitlerowskich ludobójców i już się zarysowywała namacalnie ostateczna klęska Hitlera, O'Konski domagał się publicznie wycofania wojsk amerykańskich z Europy, aby III Rzesza mogła swobodnie i całkowicie "poświęcić się" wojnie przeciwko Związkowi Radzieckiemu.

O'Konski bronił zatem tej samej dokładnie koncepcji, która - jak widzieliśmy - leżała u źródeł prowokacji katyńskiej... Nic dziwnego, że wystąpienia O'Konskiego w Kongresie ogromnie chwalił sam Goebbels, a radio hitlerowskie szeroko je popularyzowało. Po klęsce III Rzeszy O'Konski - jak można było oczekiwać - nieustannie nawoływał do podjęcia nowej, godnej Hitlera, krucjaty, czyli "wojny prewencyjnej" przeciwko pogromcy hitleryzmu, Związkowi Radzieckiemu, przeciw Polsce, przeciw wszystkim krajom, które zrzuciły jarzmo kapitalizmu.

Takie jest "ideologiczne" oblicze, taka jest moralność polityczna wpływowego członka "katyńskiej" Komisji Kongresu USA, Alvina E. O'Konskiego. O jego zaś moralności codziennej, użytkowej i... obiegowej, o jego kwalifikacjach, że tak powiemy, dodatkowych na członka "katyńskiej" Komisji Kongresu USA - niezgorzej świadczy afera ujawniona m. in. w burżuazyjnym dzienniku New York Times z dnia 12.11.1948 r. W tłumaczeniu na język polski, relacja zamieszczona w New York Times brzmi:

"AFL ("American Federation of Labor" - skrajnie reakcyjna organizacja związków zawodowych w USA - przyp. B. W.) stwierdza, że O'Konski dopisywał nazwiska do listy płac urzędników i dzielił się czekami.

Napisał C. P. Trussell, korespondent specjalny New York Times.

Waszyngton, 18 listopada (1948) - W oskarżeniu wskazuje się, że poseł do Izby Reprezentantów O'Konski wpisał niejakiego Martina Vickersa na listę płac Kongresu, jako swego sekretarza. W 1940 roku pan O'Konski kupił tygodnik The Montreal River Miner w Hurley, stan Wisconsin - właśnie od pana Vickersa, którego nadal zatrudniał w swoim wydawnictwie.

Oskarżenie głosi dalej, że pobory pana Vickersa (które O'Konski wypłacał mu... z kasy państwowej - B. W.) zawierały spłatę rat z tytułu należności za tygodnik oraz wynagrodzenie za pracę w tygodniku.

Co najmniej dwóch innych współpracowników swego pisma - głosi oskarżenie - wpisał O'Konski na listę płac pracowników Kongresu, umówiwszy się z nimi, iż wpłacać będą część swych poborów do kasy wydawnictwa (O'Konskiego)."

Kongresman O'Konski - wobec niezbitych dowodów oszustwa - nie próbował nawet przeczyć oskarżeniu. Jak podaje New York Times O'Konski zeznał dosłownie, iż:

"Martin Vickers nie wykonywał żadnych funkcji sekretarza mego w Kongresie i figurował na liście płac jedynie po to, abym mógł podejmować pieniądze przeznaczone na utrzymywanie sekretarza".

Sekretarza, którego kongresman O'Konski, według jego własnych zeznań, nie miał!

Na podstawie wszystkich przytoczonych powyżej faktów z działalności politycznej i... "finansowej" kongresmana O'Konskiego nie sposób wprost zaprzeczyć, iż jest on - jako wpływowy członek "katyńskiej" Komisji Kongresu USA - właściwym człowiekiem dla właściwej prowokacji.

Zresztą pozostali członkowie goebbelsowsko-amerykańskiej Komisji "katyńskiej" nie ustępują ani Maddenowi ani O'Konskiemu. Na przykład kongresman Sheehan, fabrykant z Chicago i plenipotent polityczny osławionego kardynała Spellmana (gorącego zwolennika wskrzeszenia Wehrmachtu) - głośno wołał w sierpniu 1951 r. o rewizję procesu norymberskiego. O rewizję, mianowicie, wyroków skazujących, które padły w procesie norymberskim na zbrodniarzy hitlerowskich. Trudno zaprzeczyć, że kongresman Sheehan nadaje się do "katyńskiej" Komisji Kongresu USA, zważywszy, iż jednym z głównych celów tej Komisji jest wybielenie hitlerowskich zbrodniarzy, jest wykazanie, że wyroki skazujące organizatorów wojny antyradzieckiej "podważyły podstawy sprawiedliwości" (Tak właśnie scharakteryzował proces norymberski kongresman Sheehan w swym przemówieniu z dnia 9.08.1951 r. Zobaczymy dalej, że bardzo wpływowy kongresman Rankin - członek osławionej "Komisji do Badania Działalności Antyamerykańskiej" - wyraźnie powiąże działalność "katyńskiej" Komisji z koniecznością rewizji wyroków Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze).

Inny członek "katyńskiej" Komisji, kongresman Dondero - to, w niedawnej przeszłości gorący wielbiciel Mussoliniego, obecnie zaś (i stale) - skrajny reakcjonista oraz aktywny współpracownik gangsterskich band, działających w jego okręgu wyborczym. I znowu trudno zaprzeczyć, że również kongresman Dondero został trafnie dobrany...

Inny członek "katyńskiej" Komisji, kongresman Tadeusz Machrowicz - jego polskie pochodzenie i nazwisko stanowiły niewątpliwie "atut" w oczach amerykańskich reżyserów neohitlerowskiej prowokacji - był od początku swej działalności politycznej ściśle związany z sanacyjną bandą grabarzy Polski. W okresie, kiedy narody Związku Radzieckiego oraz naród polski toczyły śmiertelny i bohaterski bój z hitlerowskimi ludobójcami, Machrowicz - w ścisłym porozumieniu ze zdradziecką kliką "pułkownikowską" (Matuszewski, Koc), która wygodnie zagnieździła się w USA - propagował "odwrócenie sojuszów" i "odwrócenie wojny": wojnę przeciwko ZSRR, zamiast wojny przeciwko III Rzeszy! A więc propagował dokładnie tę samą koncepcję, która leżała u źródeł goebbelsowskiej prowokacji w Katyniu...

Kiedy - już po wojnie - prohitlerowski kongresman Smith domagał się "odebrania" Polsce Ziem Odzyskanych, poparł Smitha właśnie kongresman polskiego pochodzenia i o polskim nazwisku, Tadeusz Machrowicz. I znowu trudno zaprzeczyć, że również kongresman Machrowicz ("polskiego pochodzenia i o polskim nazwisku") jest właściwym człowiekiem dla prowokacji amerykańsko-hitlerowskiej.

Z takich właśnie trafnie zestawiona ludzi, tak zwana "Komisja Kongresu USA w Sprawie Katynia" rozpoczęła w dniu 4 lutego 1952 roku tak zwane "przesłuchiwanie" tak zwanych "świadków".

Amerykańscy spadkobiercy i naśladowcy Hitlera, którzy w Korei - podobnie jak hitlerowcy w Polsce - z zimną krwią mordują miliony bezbronnych kobiet, dzieci, starców, "uszczęśliwili" już świat niejedną prowokacją, niejedną odrażającą w swej obłudzie farsą. Przyznać wszakże należy, iż widowisko odegrane w tzw. "Komisji Kongresu USA w Sprawie Katynia", stanowiło nie lada rekord. Rekord zakłamania i nikczemności. Rekord błazeństwa i naigrawania się z ludzkiego cierpienia.

Nam - wszystkim Polakom, którym hitlerowscy ludobójcy wymordowali najdroższych; nam wszystkim, którym zbrodnia hitlerowska w Katyniu, podobnie jak zbrodnie w Oświęcimiu, Majdanku, Treblince, stargała serce; nam wszystkim, którym cierpienie rodzin ofiar katyńskich bliskie jest, bo wspólne - nam wszystkim trudno jest bez gniewu i najwyższej odrazy przyglądać się obelżywej farsie "katyńskiej", którą wystawili amerykańscy wspólnicy hitlerowskich fabrykantów armat i cyklonu B, i którą kazali odegrać swym marionetkom w Kongresie USA.

A jednak tę błazeńską farsę pokazać trzeba, i trzeba się oszustom i prowokatorom przyjrzeć bacznie, by zapamiętać ich twarze i metody, by przygwoździć ich kłamstwa.

W blasku jupiterów, wśród szumu aparatów filmowych, na tle oryginalnej hitlerowskiej mapy wojennej okolic Smoleńska i Katynia, na tle zrobionych przez hitlerowców zdjęć grobów katyńskich - przesunął się przed "katyńska" Komisją korowód "świadków", równie starannie jak sami czcigodni członkowie Komisji dobranych. O powadze, o "bezstronności" Komisji pewne pojęcie daje m. in. charakterystyczny szczegół: ilekroć jakiemuś "świadkowi", mimo iż jak najdokładniej uprzednio pouczonemu, wyrywała się chociażby cząsteczka prawdy, Komisja natychmiast przerywała nagrywanie "zeznań" na taśmę dźwiękową, po czym "świadek" poprawiał "zeznania". Tym razem już bez żadnych przeszkód nagrywane na taśmę.

Kiedy np. "świadek" nazwiskiem Gawiak oświadczył (jedyne ziarno prawdy w całym "zeznaniu"), że uciekł od bolszewików do hitlerowców, bo wolał hitlerowców - natychmiast "stop!", natychmiast "taśmę cofnąć", natychmiast sufler - i, na dany znak, Gawiak podejmuje "zeznanie" w dokładnie wskazanym miejscu, i oświadcza: "uciekłem do Niemców, bo za ich liniami mogłem znaleźć demokratycznych przyjaciół". I taśma się snuje, snuje.

Przy fabrykowaniu neohitlerowskiej prowokacji katyńskiej nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć przedstawicieli tych, którzy już następnego dnia po pierwszym komunikacie hitlerowskim podchwycili i wsparli wymysł Goebbelsa: nie mogło, słowem, zabraknąć przedstawicieli reakcji polskiej.

Bezpośrednio na terenie "katyńskiej" Komisji Kongresu USA panowie ci zatrudnieni zostali jako suflerzy i pomocnicy reżyserów: były "minister" (emigrancki) - Wszelaki; korespondent londyńskiego leib-organu emigracji (Tzw. Dziennika Zachodniego i Dziennika Żołnierza) - Besterman oraz współpracownik czarnosecinnej prasy Rozmarka (Skrajnie reakcyjnego "działacza" wśród Polonii Amerykańskiej) - Karol Burke.

Nad tym zespołem czuwał, z ramienia samego "prezydenta" (i byłego dyrektora "Banku Handlowego") Augusta Zaleskiego, jeden z ludzi - znowu, co za trafny wybór, przecież chodzi o "katyńską" Komisję! - który odegrał jedną z najbardziej złowrogich ról w tragedii września 1939 roku: były ambasador sanacji w Berlinie, znany hitlerofil, hrabia Józef Lipski.

Jednakże ani reżyseria naczelna (amerykańska), ani pomoc reżyserska oraz suflerka (emigrancka) nie zdołały - rzecz znamienna - uratować samego choćby widowiska w Komisji Kongresu USA. Skręcone ze starych, hitlerowskich odpadków sprężyny prowokacji pękały z trzaskiem rwąc na strzępy amerykańską dekorację. Ku szczeremu przerażeniu reżyserów i aktorów.

Zeznają np. oficerowie armii amerykańskiej, którzy jako jeńcy byli przez hitlerowców sprowadzeni - w czasie specjalnie zorganizowanej "wycieczki" - do Katynia: płk van Vliet i płk Stewart. Płk van Vliet, mówiąc o dokumentach znalezionych przy zwłokach, stwierdza: "Oglądałem potem w domu odległym o jakieś 2 km (W istocie, jak wiemy, domek mieszczący owo muzeum "znalezionych dokumentów" oraz hitlerowską komisję, która sporządzała wykaz nazwisk i dokumentów - znajdował się w odległości 5-6 km od lasu Katyńskiego. Podkreślić należy, że ówczesny major van Vliet odmówił w 1943 r. podpisania podsuwanego mu przez hitlerowców protokołu. Po powrocie z niewoli złożył w waszyngtońskim Ministerstwie Wojny swoje wnioski w sprawie Katynia. Raport van Vlieta z 1945 r. ponoć znikł... Widocznie w 1945 r. van Vliet jeszcze nie przewidywał, co mu wypadnie sądzić o Katyniu w roku 1952!) kolekcję dokumentów, listów i drobiazgów znalezionych przy oględzinach, ale nie przywiązywałem do tego muzeum większej uwagi. Przecież nie byłem obecny przy kompletowaniu tych dowodów."

A więc cząsteczka prawdy wymknęła się nawet płk. van Vlietowi. Toteż przewodniczący Madden natychmiast zamazuje ją - przy czynnej pomocy... płk. van Vlieta.

Przewodniczący Komisji Madden: Czy w papierach i listach, które znaleziono przy zabitych, natrafił pan kiedykolwiek na datę późniejszą niż połowa mają 1940 r.?

"Świadek" van Vliet: Nie, nigdy.

A wszak tenże sam Vliet przed chwilą zdyskwalifikował - i słusznie - cały ten "materiał dowodowy", zebrany i wybrany przez hitlerowców i przez hitlerowców wystawiony w szklanej gablotce! Oto inny niezwykle charakterystyczny moment w "zeznaniach" płk. van Vlieta i płk. Stewarta.

Przewodniczący Madden - dla celów, których się łatwo można domyślić - pyta kolejno obydwu "świadków", czy w grobach widzieli zwłoki odziane w sutanny.

"Świadek" Stewart (bez najmniejszego wahania): Owszem, w grobach leżały trupy w długich czarnych sutannach używanych przez duchowieństwo.

"Świadek" van Vliet (jeszcze dokładniej): Tak jest, zauważyłem kilka trupów w sutannach.

Otwieramy Amtliches Material zum Massenmord von Katyn na str. 47 i 92, gdzie prof. Buhtz z pedanterią właściwą hitlerowskim mordercom podaje odnoszącą się do wszystkich wydobytych zwłok listę oficerskich stopni i specjalności. Na tej liście figuruje 1 - jeden - ksiądz. A przecież hitlerowcy powodowani tymi samymi względami, co kongresman z Indiany, Madden, byli zainteresowani w podaniu jak największej liczby duchownych.

Nie trzeba znać rachunku prawdopodobieństwa, by określić, jaka była szansa ujrzenia tej jednej sutanny przez płk. Van Vlieta czy Stewarta: żadna. Nie mniej jednak obydwaj "świadkowie" - dyskretnie do tego zachęceni przez przewodniczącego "katyńskiej" Komisji - zauważyli aą kilka sutann...

"Zeznaje" "świadek" hrabia Skarżyński, który dobrowolnie jeździł do Katynia, by robić hitlerowską propagandę. Oto co w roku 1952 mówi hr. Skarżyński (Cyt. Za "Głosem Ameryki"):

"...Delegat Ministerstwa Propagandy (Tj. Ministerstwa, którym kierował Goebbels - przyp. B. W.) proponował mi, abym wystąpił na konferencji prasowej. Odmówiłem, nie chcąc iść na rękę propagandzie... Wtedy niemiecki nadzorca oświadczył, że żąda ode mnie oficjalnego raportu. Tego już nie mogłem odmówić..."

Sięgamy po hitlerowski szmatławiec w języku polskim, czyli po Nowy Kurier Warszawski z dnia 19.04.1943 r. i czytamy w sprawozdaniu, które hrabia Skarżyński złożył nie hitlerowcom, nie niemieckiemu nadzorcy, lecz ówczesnemu Zarządowi Głównemu ówczesnego PCK.

"...7. Praca naszej komisji technicznej może się rozwinąć i mieć miejsce tylko wspólnie i w połączeniu z kompetentnymi instancjami miejscowej armii niemieckiej.

8. Ze strony tych instancyj wojskowych doznała nasza komisja techniczna niezwykle uprzejmego przyjęcia i pełnego współdziałania" (podkreślenia moje B. W.).

Przetłumaczmy to na język polski: hrabia Skarżyński stwierdził publicznie - i to w chwili, kiedy kat narodu polskiego Frank sławił "tarczę ochronną" wzniesioną przez fuehrera nad Polską - hr. Skarżyński stwierdził w hitlerowskim szmatławcu, że jedynie "wspólnie i w połączeniu" z "kompetentnymi instancjami" Wehrmachtu, wówczas działającymi w Katyniu (np. z oberleutnantem "propagandakompanie" Slowenczikiem) można ustalić, iż oficerów polskich - "zamordowali bolszewicy".

Nie dość na tym: hrabia Skarżyński wysławiał "niezwykłą uprzejmość" i "pełne współdziałanie", jakie jemu - i jemu podobnym kolaborantom - okazywali mordercy milionów Polaków.

Tak myślał i tak mówił hr. Skarżyński w roku 1943, w Polsce zasnutej dymem pieców krematoryjnych Oświęcimia, Majdanka, Stutthofu, Treblinki. Nic tedy dziwnego, że usłużny hrabia Skarżyński został z hitlerowskiej listy "świadków" przeniesiony na listę "świadków" amerykańską. W 1943 roku hr. Skarżyński "świadczył" zgodnie z intencjami Hitlera i Goebbelsa, w 1952 roku "świadczył" zgodnie z intencjami Trumana i Eisenhowera. Hr. Skarżyński słusznie może twierdzić, że to nie on się zmienił...

Jednakże cała błazeńska nikczemność, cały jaskrawy fałsz i całe potworne kłamstwo, które dotychczas przytoczyliśmy z "prac" tzw. Komisji Kongresu USA w Sprawie Katynia - blednie w zestawieniu z "zeznaniami" pewnego "naocznego i koronnego świadka" (Określenie "Głosu Ameryki") zbrodni katyńskiej.

"Zeznania" tego świadka - jako rewelacyjne i w najszlachetniejszym sensie sensacyjne - zapowiedział na kilka dni przedtem sam przewodniczący Komisji, członek bądź co bądź parlamentu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, kongresman Madden. Ściągnięci umyślnie kinooperatorzy, fotoreporterzy, fotooperatorzy, telewizjooperatorzy i radiooperatorzy - tłumnie zalegli tego dnia salę Komisji "katyńskiej".

I oto na sali zjawia się tajemniczy - "naoczny i koronny świadek" - zakapturzony w brudną poszewkę od poduszki, z otworami na oczy i usta: Strój bliźniaczo podobny do przybrania członków Ku-Klux-Klanu (Faszystowsko-rasistowska organizacja w USA, ciesząca się zadziwiającą tolerancją władz. Ku-Klux-Klanowcy głoszą - i realizują - program bezwzględnej walki przede wszystkim z Murzynami, w następnej zaś kolejności - z Żydami i katolikami. Specjalnością Ku-Klux-Klanu jest linczowanie Murzynów i zamachy bombowe na ich mieszkania. Przed przystąpieniem do większej "akcji" Ku-Klux-Klanowcy spełniają ponury obrzęd palenia krzyży).

Z chwilą wejścia na salę zakapturzonego osobnika przewodniczący Komisji Madden oznajmia ze wzruszeniem największym, na jakie stać członka "American Legion", iż nazwisko i imię "świadka" znane są jemu i członkom Komisji, jednakże muszą być zatajone ze względów "bezpieczeństwa".

Po czym następuje prawdziwie cyrkowe - i jedno z najbardziej hańbiących kapitalistyczną Amerykę - widowisko. Anonimowy, zakapturzony w stylu Ku-Klux-Klanu "świadek" przysięga, iż "zezna prawdę, całą prawdę i nic poza prawdą". Anonimowy, osłonięty poszewką od poduszki "świadek" opowiada, co widział "na własne oczy" - i głos mu się co chwila załamuje, i płacze, i jęczy, i szlocha.

Człowiek w kapturze oświadcza - a każde jego słowo, każdy ruch, każdy gest są rejestrowane, filmowane, nagrywane, utrwalane ku chwale "wolnego świata" - człowiek w kapturze oświadcza, że w listopadzie 1939 roku uciekł wraz z pewnym księdzem i z jeszcze jednym żołnierzem polskim z obozu internowanych. Że idąc nocami i dniami spotkali w polu - w listopadzie, w Rosji! - owczarza. Że ów owczarz, pasący owce widocznie... w śniegu, powiedział do niego, do zakapturzonego świadka: "Ty nie chodź do Katynia, bo tam Polaków mordują w tajemnicy". Zakapturzony świadek jednak poszedł - wraz z owym księdzem i jeszcze jednym Polakiem. Pośrodku lasu był dół. "Naoczny świadek" wdrapał się - wraz z księdzem i drugim towarzyszem - na drzewo i wszystko, wszystko widział.

"W miarę jak mówił - komentuje "Głos Ameryki" - wrażenia tej potwornej nocy listopadowej roku 1939 (!) wracały do niego z nieprzepartą siłą".

I wszystko to "świadek" zeznał pod przysięgą! Naoczny, koronny świadek amerykańsko-hitlerowskich prowokatorów. Dla dopełnienia miary "silnych wrażeń" zakapturzony świadek "zademonstrował" rozstrzał na karku wspomnianego Karola Burke, pismaka z czarnosecinnej prasy Rozmarka. W diariuszu Kongresu "naoczny świadek" nosi umowne nazwisko John Doe.

"On wie na pewno, on widział - referuje zeznania świadka "Głos Ameryki" w audycji z dnia 13.02.1952 r. - Przez 12 lat nosił tę straszną tajemnicę w swoim sercu i tylko raz ją zdradził swemu przełożonemu, oficerowi armii polskiej, podczas pobytu na Środkowym Wschodzie po wyjściu z Rosji. Ale oficer ten powiedział mu, że jeszcze nie czas rozgłaszać. Była wojna. Czekał więc. Teraz przyszedł czas. Bezstronna Komisja Kongresu postanowiła wyświetlić tę potworną zbrodnię. Świadek wie na pewno, jak to było, on widział. Przyszedł z własnej woli, w poczuciu obowiązku jako Polak, jak człowiek wolny, aby sprawiedliwości stało się zadość. Zgłaszając się ryzykował wszystko, nie wiedział przecież, że Komisja nie pozwoli zdradzić jego identyczności. Ale przyszedł powiedzieć. Bo ten świadek widział".

Te słowa - wierzymy - przetrwają. Przetrwają jako świadectwo bezmiernej nikczemności amerykańskich prowokatorów, której dorównuje chyba tylko ich głupota. Przetrwają podobnie jak przetrwały dokumenty prowokacji hitlerowskich, począwszy od "pożaru Reichstagu", a na inscenizacji katyńskiej nie skończywszy...

Kiedy "naoczny świadek" przybrany w biały kaptur Ku-Klux-Klanowski zakończył swe "zeznania", przewodniczący Komisji - Komisji bądź co bądź Kongresu USA - kongresman Madden uścisnął wystającą spod poszewki od poduszki dłoń i oświadczył dosłownie:

"Dziękuję panu za gotowość złożenia tych zeznań... Komisja, Kongres i cały naród amerykański wyrażają panu wdzięczność".

Na co amerykański Van der Lubbe:

"Sumienie kazało mi wam to powiedzieć... Żeby ludzie amerykańscy wiedzieli, czyja jest zbrodnia". (Cytuję wciąż za "Głosem Ameryki" - B. W.).

Rekord Goebbelsa został pobity.

Trzeba przyznać, że to ponure, błazeńskie przedstawienie cyrkowe, ociekające nazbyt już prostackim łgarstwem i szalbierstwem wznieciło panikę pośród polskiej reakcji. Cała prasa emigracyjna uderzyła na alarm, chcąc ostrzec swoich amerykańskich moco- i dolaro-dawców, że wdepnęli w nazbyt już kompromitujące kłamstwo. Że tym samym przekreślili nadzieje, jakie zdrajcy emigranccy wiązali z odgrzebaniem goebbelsowskiej prowokacji.

Pisał, na przykład, londyński leib-organ emigracji, Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza w numerze z dnia 12.02.1952 r.

"Tak jak bardzo wielu Polaków, zwłaszcza tych, którzy śledzili od dawna materiały dowodowe na temat Katynia, czytałem zeznania zakapturzonego świadka przed Komisją Kongresu z bardzo mieszanymi uczuciami. Czyżby rzeczywiście znalazł się nagle świadek naoczny, którego od lat władze nasze na próżno poszukiwały?... Świadek ów po wybuchu wojny w 1941 r. znalazł się w armii Andersa, w której służył przez całą wojnę. Mimo jednak, że w II Korpusie zbierano starannie wszelkie szczegóły, on jeden - człowiek, który widział egzekucję - nie zgłosił się nigdy, aby podać swą sensacyjną relację. Wydaje mi się to niezrozumiałe".

Czy mógł londyński organ reakcji polskiej jaśniej dać do zrozumienia swym amerykańskim opiekunom, że popełnili ciężki i groźny dla dalszych losów prowokacji błąd? Mógł. I zrobił to.

W dniu 21.02.1952 r. ten sam Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza zamieścił relację swego korespondenta z USA, Yollesa. Po serii obowiązkowych zachwytów nad zasługami propagandy amerykańskiej w sprawie Katynia, p. Yolles woła już szczerze, pełnym trwogi głosem:

"Ale wszystko ma swoje granice i istnieje obawa, że Komisja niezmiernie czuła na reklamę, może przeciągnąć strunę. Sprawa zamaskowanego świadka wywołała niesmak. Dobrze się stało, że Dziennik skrytykował to pełne przesady przedstawienie. Skutki jego nie dały na siebie długo czekać. Te same pisma, które pod pierwszym wrażeniem zamieściły z zachwytem fotografię osobnika z poszewką od poduszki na głowie i z sowieckim pistoletem w ręku poczynają obecnie wykazywać pewną ostrożność, powściągliwość i nieufność. Oczywiście nie jest jeszcze za późno i Komisja katyńska ma dość czasu na naprawienie szkody... Dobrze się też stało, że po incydencie z zakapturzonym świadkiem Komisja zawiesiła swe działania... Zostaną one wznowione - chcemy wierzyć - w atmosferze większej powagi..." (Podkreślenia moje - B. W.).

Jakże wyraźnie brzmi - w tych gorzkich wyrzutach pod adresem możnych błaznów - krzyk rozpaczy na widok prowokacji... zmarnowanej w samym zarodku!

Również organ Andersa Orzeł Biały w numerze z dnia 16.02.1952 r. bił na alarm:

"Dnia 7 lutego stanął przed komisją tajemniczy i anonimowy świadek, występujący w kapturze zakrywającym twarz, który został przedstawiony przez przewodniczącego jako "świadek naoczny" i rzekomo będąc narodowości polskiej. Świadek ten, którego wystąpienie nabrało w ten sposób charakteru sensacyjnego i uzyskało duży rozgłos, opowiedział natomiast historię, która nie może mieć żadnego związku ze zbrodnią katyńską, jeśli - o czym należy wątpić - jest w ogóle prawdziwą.

"Naoczny" (cudzysłów andersowskiego organu - B. W.) świadek spowodował wprawdzie kilkudniową sensację w prasie, ale należy wyrazić zdziwienie, że został on w ogóle dopuszczony przed Komisję. Wprawdzie podano jego narodowość jako polską, nie tylko nie został on jednak przedstawiony Komisji Kongresu ze strony polskich kół odpowiedzialnych (emigranckich - B. W.), ale nie jest nikomu w polskich (czytaj emigranckich) kołach znany... Relacje jego nie zostały też nigdy przedstawione cywilnym ani wojskowym ośrodkom polskim (emigranckim)" (Podkreślenia moje - B. W.).

Tu już mamy wyraźną pretensję do głównych reżyserów amerykańskiego wznowienia prowokacji hitlerowskiej: pretensję o to, że swego Van der Lubbego nie wynajęli w koncesjonowanym biurze wynajmu agentów i prowokatorów, tj. w firmie "Anders & Co".

Ta sama pretensja pobrzmiewa również w artykule pióra kilkakrotnie już tutaj wspomnianego skrajnie reakcyjnego dziennikarza Józefa Mackiewicza, którego hitlerowcy zaprosili swego czasu do zwiedzenia Katynia. Artykuł ukazał się w Dzienniku Polskim, wychodzącym w Detroit (USA), w numerze z dnia 15.03.1952 r.

"...W pierwszych dniach lutego br. - pisze Mackiewicz - stanął przed Komisją Kongresu Amerykańskiego człowiek, który podał się za naocznego świadka zbrodni katyńskiej. W tym co mówił ów rzekomy świadek nie było (omal dosłownie) ani jednego (Podkreślenia Mackiewicza) słowa prawdy. Okoliczności zbrodni na tym tle są (tak) znane, że łatwo było stwierdzić, iż "zakapturzony świadek" nie tylko nie był ich świadkiem naocznym, ale nawet być nim nie mógł. Nie zgadza się ani data, ani żaden z przytoczonych przez niego szczegółów. Ponieważ sam byłem w Katyniu w przeciągu trzech dni i poznałem teren... zanim doczytałem do końca relacje w gazecie, wiedziałem, że chodzi tu o szczerą fantazję, zobrazowaną z wyjątkowym tupetem.

...Ani teren, ani drzewa w tym lasku, których rzekomy świadek oczywiście nigdy nie widział, nie nadawały się do obserwacji, o jakiej opowiada.

...wdrapywanie się na drzewo o kilka czy kilkanaście kroków od miejsca egzekucji i siedzenie na gałęzi z księdzem dla przyglądania się i liczenia ofiar, należy odnieść raczej do anegdot zabawnych, gdyby nie dotyczyły sprawy aż tak strasznej, jak mord katyński".

Wyliczywszy niekończące się kłamstwa "naocznego i koronnego świadka" Komisji Kongresu USA, Mackiewicz z jawną złością poucza amerykańskich, nieudolnych naśladowców Goebbelsa:

"...Strzelano nie z broni rosyjskiej, a z niemieckiej. Ręce skrępowane były sznurem, a nie drutem... To są rzeczy znane! Poza tym cały tenor opowiadania wykazuje daleko idące i naiwne uproszczenia, charakterystyczne dla zeznań zmyślonych. Trudno jest zrozumieć, dlaczego... dano rozgłos nie tylko fałszywym, ale zatrącającym anegdotą zeznaniom anonimowego "świadka" (Podkreślenia moje - B. W; cudzysłów Mackiewicza).

Komiczna jest ta pretensja zdrajców emigranckich do amerykańskich wskrzesicieli starej hitlerowskiej prowokacji - o ile w ogóle może być coś komicznego w całej tej potwornej sprawie. Pretensja jest komiczna - i nieuzasadniona. Wszak reakcja polska ściśle współpracowała z amerykańskimi wskrzesicielami prowokacji Goebbelsa - aż do sali "przesłuchań" włącznie.

I co najistotniejsze: zakapturzony na modłę Ku-Klux-Klanu "naoczny" błazen opowiadający niestworzone i zalatujące kłamstwem na tysiąc mil morskich brednie o Katyniu i atmosfera obrzędów Ku-Klux-Klanowych na sali "katyńskiej" Komisji Kongresu USA - wszystko to nie jest zjawiskiem przypadkowym. To jest po prostu produkt skrzyżowania hitleryzmu z amerykańskim faszyzmem.

Goebbels plus Ku-Klux-Klan równa się ponura farsa w Kongresie USA, równa się "naoczny świadek" w prowokacji katyńskiej. W prowokacji dziś już amerykańsko-hitlerowskiej! Goebbels plus Ku-Klux-Klan...

Widzieliśmy, jak amerykańscy spadkobiercy i naśladowcy Hitlera zainscenizowali ponurą farsę, która się oficjalnie zwie "pracami" Komisji Kongresu USA w Sprawie Katynia. Teraz pozostaje już tylko jedno: przyjrzeć się bliżej głębokim - politycznym i społecznym - przyczynom, które sprawiły, iż amerykańscy mordercy narodu koreańskiego odgrzebali i wznowili prowokację, ukutą przez morderców narodu polskiego.