Rozdział X. GOEBBELS PLUS KU-KLUX-KLAN...

W pierwszych dniach lutego 1952 roku, w 9 lat po klęsce hitlerowskiej Rzeszy pod Stalingradem - i w 9 lat od dnia, kiedy hitlerowcy podjęli gorączkowe przygotowania do prowokacji katyńskiej - rozpoczęła publiczną działalność tak zwana "Komisja Kongresu USA w Sprawie Katynia". Odbyło się to przy biciu w bębny propagandowe, którego nie powstydziłby się sam mistrz, Herr Reichsminister Doktor Joseph Goebbels.

Ukrywający się w półcieniu właściwi reżyserzy amerykańsko-hitlerowskiej imprezy dobrali do wykonania tej ciemnej i brudnej roboty ludzi - trzeba to bezstronnie przyznać - właściwych: ludzi brudnych, robaczywych. Ludzi, których nie powstydziłby się sam kulawy Reichsminister Doktor Joseph Goebbels.

Przewodniczący "katyńskiej" Komisji Kongresu USA kongresman Ray S. Madden jest członkiem jawnie faszystowskiej organizacji "American Legion" ("Legion Amerykański") - jak to stwierdza organ tej organizacji The American Legion Magazine. Czym właściwie jest "Legion Amerykański" powiedział trafnie i wyczerpująco jego komendant Alvin Owsley w 1922 roku: "Faszyści są tym dla Włoch, czym "Legion Amerykański" dla Stanów Zjednoczonych".

Trudno o ściślejszą definicję. Dodajmy, iż sam Mussolini był regularnie zapraszany w charakterze honorowego gościa na zjazdy "Legionu Amerykańskiego". Na przełomie lat 1934-1935 wykryto przygotowywany przez przywódców "American Legion" faszystowski zamach stanu, który wymierzony był przede wszystkim przeciw prezydentowi Rooseveltowi (Sprawozdanie nr 153 Izby Reprezentantów Kongresu USA z dnia 15.02.1935 r.).

Nic tedy dziwnego, że członek "Legionu Amerykańskiego" kongresman Madden stał się, wśród kół rządzących USA, jednym z głównych orędowników faszystowskiej kliki andersowsko-sanacyjnej, za co nawet otrzymał od niej "order". W świetle przytoczonych faktów nikt chyba nie zaprzeczy, że kongresman Ray S. Madden, członek faszystowskiego "Legionu Amerykańskiego" i mąż zaufania zdrajców Polski spod znaku Becka, został - jako przewodniczący "katyńskiej" Komisji Kongresu USA - trafnie dobrany.

Wpływowym członkiem Komisji jest kongresman Alvin E. O'Konski, którego współpraca z hitlerowcami - współpraca "ideowa", ale... nie bezinteresowna - sięga roku 1938. W ścisłym porozumieniu z ówczesnym konsulem niemieckim w Milwaukee oraz z przywódcą hitlerowskiej organizacji w USA (tzw. "Bundu") O'Konski wygłaszał płomienne przemówienia sławiące hitlerowski ustrój i III Rzeszę. Wybrany w czasie wojny do Kongresu, dzięki poparciu prohitlerowskich organizacji niemieckich w USA, O'Konski stale orędował za III Rzeszą. W 1944 roku, kiedy Armia Radziecka gromiła hitlerowskich ludobójców i już się zarysowywała namacalnie ostateczna klęska Hitlera, O'Konski domagał się publicznie wycofania wojsk amerykańskich z Europy, aby III Rzesza mogła swobodnie i całkowicie "poświęcić się" wojnie przeciwko Związkowi Radzieckiemu.

O'Konski bronił zatem tej samej dokładnie koncepcji, która - jak widzieliśmy - leżała u źródeł prowokacji katyńskiej... Nic dziwnego, że wystąpienia O'Konskiego w Kongresie ogromnie chwalił sam Goebbels, a radio hitlerowskie szeroko je popularyzowało. Po klęsce III Rzeszy O'Konski - jak można było oczekiwać - nieustannie nawoływał do podjęcia nowej, godnej Hitlera, krucjaty, czyli "wojny prewencyjnej" przeciwko pogromcy hitleryzmu, Związkowi Radzieckiemu, przeciw Polsce, przeciw wszystkim krajom, które zrzuciły jarzmo kapitalizmu.

Takie jest "ideologiczne" oblicze, taka jest moralność polityczna wpływowego członka "katyńskiej" Komisji Kongresu USA, Alvina E. O'Konskiego. O jego zaś moralności codziennej, użytkowej i... obiegowej, o jego kwalifikacjach, że tak powiemy, dodatkowych na członka "katyńskiej" Komisji Kongresu USA - niezgorzej świadczy afera ujawniona m. in. w burżuazyjnym dzienniku New York Times z dnia 12.11.1948 r. W tłumaczeniu na język polski, relacja zamieszczona w New York Times brzmi:

"AFL ("American Federation of Labor" - skrajnie reakcyjna organizacja związków zawodowych w USA - przyp. B. W.) stwierdza, że O'Konski dopisywał nazwiska do listy płac urzędników i dzielił się czekami.

Napisał C. P. Trussell, korespondent specjalny New York Times.

Waszyngton, 18 listopada (1948) - W oskarżeniu wskazuje się, że poseł do Izby Reprezentantów O'Konski wpisał niejakiego Martina Vickersa na listę płac Kongresu, jako swego sekretarza. W 1940 roku pan O'Konski kupił tygodnik The Montreal River Miner w Hurley, stan Wisconsin - właśnie od pana Vickersa, którego nadal zatrudniał w swoim wydawnictwie.

Oskarżenie głosi dalej, że pobory pana Vickersa (które O'Konski wypłacał mu... z kasy państwowej - B. W.) zawierały spłatę rat z tytułu należności za tygodnik oraz wynagrodzenie za pracę w tygodniku.

Co najmniej dwóch innych współpracowników swego pisma - głosi oskarżenie - wpisał O'Konski na listę płac pracowników Kongresu, umówiwszy się z nimi, iż wpłacać będą część swych poborów do kasy wydawnictwa (O'Konskiego)."

Kongresman O'Konski - wobec niezbitych dowodów oszustwa - nie próbował nawet przeczyć oskarżeniu. Jak podaje New York Times O'Konski zeznał dosłownie, iż:

"Martin Vickers nie wykonywał żadnych funkcji sekretarza mego w Kongresie i figurował na liście płac jedynie po to, abym mógł podejmować pieniądze przeznaczone na utrzymywanie sekretarza".

Sekretarza, którego kongresman O'Konski, według jego własnych zeznań, nie miał!

Na podstawie wszystkich przytoczonych powyżej faktów z działalności politycznej i... "finansowej" kongresmana O'Konskiego nie sposób wprost zaprzeczyć, iż jest on - jako wpływowy członek "katyńskiej" Komisji Kongresu USA - właściwym człowiekiem dla właściwej prowokacji.

Zresztą pozostali członkowie goebbelsowsko-amerykańskiej Komisji "katyńskiej" nie ustępują ani Maddenowi ani O'Konskiemu. Na przykład kongresman Sheehan, fabrykant z Chicago i plenipotent polityczny osławionego kardynała Spellmana (gorącego zwolennika wskrzeszenia Wehrmachtu) - głośno wołał w sierpniu 1951 r. o rewizję procesu norymberskiego. O rewizję, mianowicie, wyroków skazujących, które padły w procesie norymberskim na zbrodniarzy hitlerowskich. Trudno zaprzeczyć, że kongresman Sheehan nadaje się do "katyńskiej" Komisji Kongresu USA, zważywszy, iż jednym z głównych celów tej Komisji jest wybielenie hitlerowskich zbrodniarzy, jest wykazanie, że wyroki skazujące organizatorów wojny antyradzieckiej "podważyły podstawy sprawiedliwości" (Tak właśnie scharakteryzował proces norymberski kongresman Sheehan w swym przemówieniu z dnia 9.08.1951 r. Zobaczymy dalej, że bardzo wpływowy kongresman Rankin - członek osławionej "Komisji do Badania Działalności Antyamerykańskiej" - wyraźnie powiąże działalność "katyńskiej" Komisji z koniecznością rewizji wyroków Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze).

Inny członek "katyńskiej" Komisji, kongresman Dondero - to, w niedawnej przeszłości gorący wielbiciel Mussoliniego, obecnie zaś (i stale) - skrajny reakcjonista oraz aktywny współpracownik gangsterskich band, działających w jego okręgu wyborczym. I znowu trudno zaprzeczyć, że również kongresman Dondero został trafnie dobrany...

Inny członek "katyńskiej" Komisji, kongresman Tadeusz Machrowicz - jego polskie pochodzenie i nazwisko stanowiły niewątpliwie "atut" w oczach amerykańskich reżyserów neohitlerowskiej prowokacji - był od początku swej działalności politycznej ściśle związany z sanacyjną bandą grabarzy Polski. W okresie, kiedy narody Związku Radzieckiego oraz naród polski toczyły śmiertelny i bohaterski bój z hitlerowskimi ludobójcami, Machrowicz - w ścisłym porozumieniu ze zdradziecką kliką "pułkownikowską" (Matuszewski, Koc), która wygodnie zagnieździła się w USA - propagował "odwrócenie sojuszów" i "odwrócenie wojny": wojnę przeciwko ZSRR, zamiast wojny przeciwko III Rzeszy! A więc propagował dokładnie tę samą koncepcję, która leżała u źródeł goebbelsowskiej prowokacji w Katyniu...

Kiedy - już po wojnie - prohitlerowski kongresman Smith domagał się "odebrania" Polsce Ziem Odzyskanych, poparł Smitha właśnie kongresman polskiego pochodzenia i o polskim nazwisku, Tadeusz Machrowicz. I znowu trudno zaprzeczyć, że również kongresman Machrowicz ("polskiego pochodzenia i o polskim nazwisku") jest właściwym człowiekiem dla prowokacji amerykańsko-hitlerowskiej.

Z takich właśnie trafnie zestawiona ludzi, tak zwana "Komisja Kongresu USA w Sprawie Katynia" rozpoczęła w dniu 4 lutego 1952 roku tak zwane "przesłuchiwanie" tak zwanych "świadków".

Amerykańscy spadkobiercy i naśladowcy Hitlera, którzy w Korei - podobnie jak hitlerowcy w Polsce - z zimną krwią mordują miliony bezbronnych kobiet, dzieci, starców, "uszczęśliwili" już świat niejedną prowokacją, niejedną odrażającą w swej obłudzie farsą. Przyznać wszakże należy, iż widowisko odegrane w tzw. "Komisji Kongresu USA w Sprawie Katynia", stanowiło nie lada rekord. Rekord zakłamania i nikczemności. Rekord błazeństwa i naigrawania się z ludzkiego cierpienia.

Nam - wszystkim Polakom, którym hitlerowscy ludobójcy wymordowali najdroższych; nam wszystkim, którym zbrodnia hitlerowska w Katyniu, podobnie jak zbrodnie w Oświęcimiu, Majdanku, Treblince, stargała serce; nam wszystkim, którym cierpienie rodzin ofiar katyńskich bliskie jest, bo wspólne - nam wszystkim trudno jest bez gniewu i najwyższej odrazy przyglądać się obelżywej farsie "katyńskiej", którą wystawili amerykańscy wspólnicy hitlerowskich fabrykantów armat i cyklonu B, i którą kazali odegrać swym marionetkom w Kongresie USA.

A jednak tę błazeńską farsę pokazać trzeba, i trzeba się oszustom i prowokatorom przyjrzeć bacznie, by zapamiętać ich twarze i metody, by przygwoździć ich kłamstwa.

W blasku jupiterów, wśród szumu aparatów filmowych, na tle oryginalnej hitlerowskiej mapy wojennej okolic Smoleńska i Katynia, na tle zrobionych przez hitlerowców zdjęć grobów katyńskich - przesunął się przed "katyńska" Komisją korowód "świadków", równie starannie jak sami czcigodni członkowie Komisji dobranych. O powadze, o "bezstronności" Komisji pewne pojęcie daje m. in. charakterystyczny szczegół: ilekroć jakiemuś "świadkowi", mimo iż jak najdokładniej uprzednio pouczonemu, wyrywała się chociażby cząsteczka prawdy, Komisja natychmiast przerywała nagrywanie "zeznań" na taśmę dźwiękową, po czym "świadek" poprawiał "zeznania". Tym razem już bez żadnych przeszkód nagrywane na taśmę.

Kiedy np. "świadek" nazwiskiem Gawiak oświadczył (jedyne ziarno prawdy w całym "zeznaniu"), że uciekł od bolszewików do hitlerowców, bo wolał hitlerowców - natychmiast "stop!", natychmiast "taśmę cofnąć", natychmiast sufler - i, na dany znak, Gawiak podejmuje "zeznanie" w dokładnie wskazanym miejscu, i oświadcza: "uciekłem do Niemców, bo za ich liniami mogłem znaleźć demokratycznych przyjaciół". I taśma się snuje, snuje.

Przy fabrykowaniu neohitlerowskiej prowokacji katyńskiej nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć przedstawicieli tych, którzy już następnego dnia po pierwszym komunikacie hitlerowskim podchwycili i wsparli wymysł Goebbelsa: nie mogło, słowem, zabraknąć przedstawicieli reakcji polskiej.

Bezpośrednio na terenie "katyńskiej" Komisji Kongresu USA panowie ci zatrudnieni zostali jako suflerzy i pomocnicy reżyserów: były "minister" (emigrancki) - Wszelaki; korespondent londyńskiego leib-organu emigracji (Tzw. Dziennika Zachodniego i Dziennika Żołnierza) - Besterman oraz współpracownik czarnosecinnej prasy Rozmarka (Skrajnie reakcyjnego "działacza" wśród Polonii Amerykańskiej) - Karol Burke.

Nad tym zespołem czuwał, z ramienia samego "prezydenta" (i byłego dyrektora "Banku Handlowego") Augusta Zaleskiego, jeden z ludzi - znowu, co za trafny wybór, przecież chodzi o "katyńską" Komisję! - który odegrał jedną z najbardziej złowrogich ról w tragedii września 1939 roku: były ambasador sanacji w Berlinie, znany hitlerofil, hrabia Józef Lipski.

Jednakże ani reżyseria naczelna (amerykańska), ani pomoc reżyserska oraz suflerka (emigrancka) nie zdołały - rzecz znamienna - uratować samego choćby widowiska w Komisji Kongresu USA. Skręcone ze starych, hitlerowskich odpadków sprężyny prowokacji pękały z trzaskiem rwąc na strzępy amerykańską dekorację. Ku szczeremu przerażeniu reżyserów i aktorów.

Zeznają np. oficerowie armii amerykańskiej, którzy jako jeńcy byli przez hitlerowców sprowadzeni - w czasie specjalnie zorganizowanej "wycieczki" - do Katynia: płk van Vliet i płk Stewart. Płk van Vliet, mówiąc o dokumentach znalezionych przy zwłokach, stwierdza: "Oglądałem potem w domu odległym o jakieś 2 km (W istocie, jak wiemy, domek mieszczący owo muzeum "znalezionych dokumentów" oraz hitlerowską komisję, która sporządzała wykaz nazwisk i dokumentów - znajdował się w odległości 5-6 km od lasu Katyńskiego. Podkreślić należy, że ówczesny major van Vliet odmówił w 1943 r. podpisania podsuwanego mu przez hitlerowców protokołu. Po powrocie z niewoli złożył w waszyngtońskim Ministerstwie Wojny swoje wnioski w sprawie Katynia. Raport van Vlieta z 1945 r. ponoć znikł... Widocznie w 1945 r. van Vliet jeszcze nie przewidywał, co mu wypadnie sądzić o Katyniu w roku 1952!) kolekcję dokumentów, listów i drobiazgów znalezionych przy oględzinach, ale nie przywiązywałem do tego muzeum większej uwagi. Przecież nie byłem obecny przy kompletowaniu tych dowodów."

A więc cząsteczka prawdy wymknęła się nawet płk. van Vlietowi. Toteż przewodniczący Madden natychmiast zamazuje ją - przy czynnej pomocy... płk. van Vlieta.

Przewodniczący Komisji Madden: Czy w papierach i listach, które znaleziono przy zabitych, natrafił pan kiedykolwiek na datę późniejszą niż połowa mają 1940 r.?

"Świadek" van Vliet: Nie, nigdy.

A wszak tenże sam Vliet przed chwilą zdyskwalifikował - i słusznie - cały ten "materiał dowodowy", zebrany i wybrany przez hitlerowców i przez hitlerowców wystawiony w szklanej gablotce! Oto inny niezwykle charakterystyczny moment w "zeznaniach" płk. van Vlieta i płk. Stewarta.

Przewodniczący Madden - dla celów, których się łatwo można domyślić - pyta kolejno obydwu "świadków", czy w grobach widzieli zwłoki odziane w sutanny.

"Świadek" Stewart (bez najmniejszego wahania): Owszem, w grobach leżały trupy w długich czarnych sutannach używanych przez duchowieństwo.

"Świadek" van Vliet (jeszcze dokładniej): Tak jest, zauważyłem kilka trupów w sutannach.

Otwieramy Amtliches Material zum Massenmord von Katyn na str. 47 i 92, gdzie prof. Buhtz z pedanterią właściwą hitlerowskim mordercom podaje odnoszącą się do wszystkich wydobytych zwłok listę oficerskich stopni i specjalności. Na tej liście figuruje 1 - jeden - ksiądz. A przecież hitlerowcy powodowani tymi samymi względami, co kongresman z Indiany, Madden, byli zainteresowani w podaniu jak największej liczby duchownych.

Nie trzeba znać rachunku prawdopodobieństwa, by określić, jaka była szansa ujrzenia tej jednej sutanny przez płk. Van Vlieta czy Stewarta: żadna. Nie mniej jednak obydwaj "świadkowie" - dyskretnie do tego zachęceni przez przewodniczącego "katyńskiej" Komisji - zauważyli aą kilka sutann...

"Zeznaje" "świadek" hrabia Skarżyński, który dobrowolnie jeździł do Katynia, by robić hitlerowską propagandę. Oto co w roku 1952 mówi hr. Skarżyński (Cyt. Za "Głosem Ameryki"):

"...Delegat Ministerstwa Propagandy (Tj. Ministerstwa, którym kierował Goebbels - przyp. B. W.) proponował mi, abym wystąpił na konferencji prasowej. Odmówiłem, nie chcąc iść na rękę propagandzie... Wtedy niemiecki nadzorca oświadczył, że żąda ode mnie oficjalnego raportu. Tego już nie mogłem odmówić..."

Sięgamy po hitlerowski szmatławiec w języku polskim, czyli po Nowy Kurier Warszawski z dnia 19.04.1943 r. i czytamy w sprawozdaniu, które hrabia Skarżyński złożył nie hitlerowcom, nie niemieckiemu nadzorcy, lecz ówczesnemu Zarządowi Głównemu ówczesnego PCK.

"...7. Praca naszej komisji technicznej może się rozwinąć i mieć miejsce tylko wspólnie i w połączeniu z kompetentnymi instancjami miejscowej armii niemieckiej.

8. Ze strony tych instancyj wojskowych doznała nasza komisja techniczna niezwykle uprzejmego przyjęcia i pełnego współdziałania" (podkreślenia moje B. W.).

Przetłumaczmy to na język polski: hrabia Skarżyński stwierdził publicznie - i to w chwili, kiedy kat narodu polskiego Frank sławił "tarczę ochronną" wzniesioną przez fuehrera nad Polską - hr. Skarżyński stwierdził w hitlerowskim szmatławcu, że jedynie "wspólnie i w połączeniu" z "kompetentnymi instancjami" Wehrmachtu, wówczas działającymi w Katyniu (np. z oberleutnantem "propagandakompanie" Slowenczikiem) można ustalić, iż oficerów polskich - "zamordowali bolszewicy".

Nie dość na tym: hrabia Skarżyński wysławiał "niezwykłą uprzejmość" i "pełne współdziałanie", jakie jemu - i jemu podobnym kolaborantom - okazywali mordercy milionów Polaków.

Tak myślał i tak mówił hr. Skarżyński w roku 1943, w Polsce zasnutej dymem pieców krematoryjnych Oświęcimia, Majdanka, Stutthofu, Treblinki. Nic tedy dziwnego, że usłużny hrabia Skarżyński został z hitlerowskiej listy "świadków" przeniesiony na listę "świadków" amerykańską. W 1943 roku hr. Skarżyński "świadczył" zgodnie z intencjami Hitlera i Goebbelsa, w 1952 roku "świadczył" zgodnie z intencjami Trumana i Eisenhowera. Hr. Skarżyński słusznie może twierdzić, że to nie on się zmienił...

Jednakże cała błazeńska nikczemność, cały jaskrawy fałsz i całe potworne kłamstwo, które dotychczas przytoczyliśmy z "prac" tzw. Komisji Kongresu USA w Sprawie Katynia - blednie w zestawieniu z "zeznaniami" pewnego "naocznego i koronnego świadka" (Określenie "Głosu Ameryki") zbrodni katyńskiej.

"Zeznania" tego świadka - jako rewelacyjne i w najszlachetniejszym sensie sensacyjne - zapowiedział na kilka dni przedtem sam przewodniczący Komisji, członek bądź co bądź parlamentu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, kongresman Madden. Ściągnięci umyślnie kinooperatorzy, fotoreporterzy, fotooperatorzy, telewizjooperatorzy i radiooperatorzy - tłumnie zalegli tego dnia salę Komisji "katyńskiej".

I oto na sali zjawia się tajemniczy - "naoczny i koronny świadek" - zakapturzony w brudną poszewkę od poduszki, z otworami na oczy i usta: Strój bliźniaczo podobny do przybrania członków Ku-Klux-Klanu (Faszystowsko-rasistowska organizacja w USA, ciesząca się zadziwiającą tolerancją władz. Ku-Klux-Klanowcy głoszą - i realizują - program bezwzględnej walki przede wszystkim z Murzynami, w następnej zaś kolejności - z Żydami i katolikami. Specjalnością Ku-Klux-Klanu jest linczowanie Murzynów i zamachy bombowe na ich mieszkania. Przed przystąpieniem do większej "akcji" Ku-Klux-Klanowcy spełniają ponury obrzęd palenia krzyży).

Z chwilą wejścia na salę zakapturzonego osobnika przewodniczący Komisji Madden oznajmia ze wzruszeniem największym, na jakie stać członka "American Legion", iż nazwisko i imię "świadka" znane są jemu i członkom Komisji, jednakże muszą być zatajone ze względów "bezpieczeństwa".

Po czym następuje prawdziwie cyrkowe - i jedno z najbardziej hańbiących kapitalistyczną Amerykę - widowisko. Anonimowy, zakapturzony w stylu Ku-Klux-Klanu "świadek" przysięga, iż "zezna prawdę, całą prawdę i nic poza prawdą". Anonimowy, osłonięty poszewką od poduszki "świadek" opowiada, co widział "na własne oczy" - i głos mu się co chwila załamuje, i płacze, i jęczy, i szlocha.

Człowiek w kapturze oświadcza - a każde jego słowo, każdy ruch, każdy gest są rejestrowane, filmowane, nagrywane, utrwalane ku chwale "wolnego świata" - człowiek w kapturze oświadcza, że w listopadzie 1939 roku uciekł wraz z pewnym księdzem i z jeszcze jednym żołnierzem polskim z obozu internowanych. Że idąc nocami i dniami spotkali w polu - w listopadzie, w Rosji! - owczarza. Że ów owczarz, pasący owce widocznie... w śniegu, powiedział do niego, do zakapturzonego świadka: "Ty nie chodź do Katynia, bo tam Polaków mordują w tajemnicy". Zakapturzony świadek jednak poszedł - wraz z owym księdzem i jeszcze jednym Polakiem. Pośrodku lasu był dół. "Naoczny świadek" wdrapał się - wraz z księdzem i drugim towarzyszem - na drzewo i wszystko, wszystko widział.

"W miarę jak mówił - komentuje "Głos Ameryki" - wrażenia tej potwornej nocy listopadowej roku 1939 (!) wracały do niego z nieprzepartą siłą".

I wszystko to "świadek" zeznał pod przysięgą! Naoczny, koronny świadek amerykańsko-hitlerowskich prowokatorów. Dla dopełnienia miary "silnych wrażeń" zakapturzony świadek "zademonstrował" rozstrzał na karku wspomnianego Karola Burke, pismaka z czarnosecinnej prasy Rozmarka. W diariuszu Kongresu "naoczny świadek" nosi umowne nazwisko John Doe.

"On wie na pewno, on widział - referuje zeznania świadka "Głos Ameryki" w audycji z dnia 13.02.1952 r. - Przez 12 lat nosił tę straszną tajemnicę w swoim sercu i tylko raz ją zdradził swemu przełożonemu, oficerowi armii polskiej, podczas pobytu na Środkowym Wschodzie po wyjściu z Rosji. Ale oficer ten powiedział mu, że jeszcze nie czas rozgłaszać. Była wojna. Czekał więc. Teraz przyszedł czas. Bezstronna Komisja Kongresu postanowiła wyświetlić tę potworną zbrodnię. Świadek wie na pewno, jak to było, on widział. Przyszedł z własnej woli, w poczuciu obowiązku jako Polak, jak człowiek wolny, aby sprawiedliwości stało się zadość. Zgłaszając się ryzykował wszystko, nie wiedział przecież, że Komisja nie pozwoli zdradzić jego identyczności. Ale przyszedł powiedzieć. Bo ten świadek widział".

Te słowa - wierzymy - przetrwają. Przetrwają jako świadectwo bezmiernej nikczemności amerykańskich prowokatorów, której dorównuje chyba tylko ich głupota. Przetrwają podobnie jak przetrwały dokumenty prowokacji hitlerowskich, począwszy od "pożaru Reichstagu", a na inscenizacji katyńskiej nie skończywszy...

Kiedy "naoczny świadek" przybrany w biały kaptur Ku-Klux-Klanowski zakończył swe "zeznania", przewodniczący Komisji - Komisji bądź co bądź Kongresu USA - kongresman Madden uścisnął wystającą spod poszewki od poduszki dłoń i oświadczył dosłownie:

"Dziękuję panu za gotowość złożenia tych zeznań... Komisja, Kongres i cały naród amerykański wyrażają panu wdzięczność".

Na co amerykański Van der Lubbe:

"Sumienie kazało mi wam to powiedzieć... Żeby ludzie amerykańscy wiedzieli, czyja jest zbrodnia". (Cytuję wciąż za "Głosem Ameryki" - B. W.).

Rekord Goebbelsa został pobity.

Trzeba przyznać, że to ponure, błazeńskie przedstawienie cyrkowe, ociekające nazbyt już prostackim łgarstwem i szalbierstwem wznieciło panikę pośród polskiej reakcji. Cała prasa emigracyjna uderzyła na alarm, chcąc ostrzec swoich amerykańskich moco- i dolaro-dawców, że wdepnęli w nazbyt już kompromitujące kłamstwo. Że tym samym przekreślili nadzieje, jakie zdrajcy emigranccy wiązali z odgrzebaniem goebbelsowskiej prowokacji.

Pisał, na przykład, londyński leib-organ emigracji, Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza w numerze z dnia 12.02.1952 r.

"Tak jak bardzo wielu Polaków, zwłaszcza tych, którzy śledzili od dawna materiały dowodowe na temat Katynia, czytałem zeznania zakapturzonego świadka przed Komisją Kongresu z bardzo mieszanymi uczuciami. Czyżby rzeczywiście znalazł się nagle świadek naoczny, którego od lat władze nasze na próżno poszukiwały?... Świadek ów po wybuchu wojny w 1941 r. znalazł się w armii Andersa, w której służył przez całą wojnę. Mimo jednak, że w II Korpusie zbierano starannie wszelkie szczegóły, on jeden - człowiek, który widział egzekucję - nie zgłosił się nigdy, aby podać swą sensacyjną relację. Wydaje mi się to niezrozumiałe".

Czy mógł londyński organ reakcji polskiej jaśniej dać do zrozumienia swym amerykańskim opiekunom, że popełnili ciężki i groźny dla dalszych losów prowokacji błąd? Mógł. I zrobił to.

W dniu 21.02.1952 r. ten sam Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza zamieścił relację swego korespondenta z USA, Yollesa. Po serii obowiązkowych zachwytów nad zasługami propagandy amerykańskiej w sprawie Katynia, p. Yolles woła już szczerze, pełnym trwogi głosem:

"Ale wszystko ma swoje granice i istnieje obawa, że Komisja niezmiernie czuła na reklamę, może przeciągnąć strunę. Sprawa zamaskowanego świadka wywołała niesmak. Dobrze się stało, że Dziennik skrytykował to pełne przesady przedstawienie. Skutki jego nie dały na siebie długo czekać. Te same pisma, które pod pierwszym wrażeniem zamieściły z zachwytem fotografię osobnika z poszewką od poduszki na głowie i z sowieckim pistoletem w ręku poczynają obecnie wykazywać pewną ostrożność, powściągliwość i nieufność. Oczywiście nie jest jeszcze za późno i Komisja katyńska ma dość czasu na naprawienie szkody... Dobrze się też stało, że po incydencie z zakapturzonym świadkiem Komisja zawiesiła swe działania... Zostaną one wznowione - chcemy wierzyć - w atmosferze większej powagi..." (Podkreślenia moje - B. W.).

Jakże wyraźnie brzmi - w tych gorzkich wyrzutach pod adresem możnych błaznów - krzyk rozpaczy na widok prowokacji... zmarnowanej w samym zarodku!

Również organ Andersa Orzeł Biały w numerze z dnia 16.02.1952 r. bił na alarm:

"Dnia 7 lutego stanął przed komisją tajemniczy i anonimowy świadek, występujący w kapturze zakrywającym twarz, który został przedstawiony przez przewodniczącego jako "świadek naoczny" i rzekomo będąc narodowości polskiej. Świadek ten, którego wystąpienie nabrało w ten sposób charakteru sensacyjnego i uzyskało duży rozgłos, opowiedział natomiast historię, która nie może mieć żadnego związku ze zbrodnią katyńską, jeśli - o czym należy wątpić - jest w ogóle prawdziwą.

"Naoczny" (cudzysłów andersowskiego organu - B. W.) świadek spowodował wprawdzie kilkudniową sensację w prasie, ale należy wyrazić zdziwienie, że został on w ogóle dopuszczony przed Komisję. Wprawdzie podano jego narodowość jako polską, nie tylko nie został on jednak przedstawiony Komisji Kongresu ze strony polskich kół odpowiedzialnych (emigranckich - B. W.), ale nie jest nikomu w polskich (czytaj emigranckich) kołach znany... Relacje jego nie zostały też nigdy przedstawione cywilnym ani wojskowym ośrodkom polskim (emigranckim)" (Podkreślenia moje - B. W.).

Tu już mamy wyraźną pretensję do głównych reżyserów amerykańskiego wznowienia prowokacji hitlerowskiej: pretensję o to, że swego Van der Lubbego nie wynajęli w koncesjonowanym biurze wynajmu agentów i prowokatorów, tj. w firmie "Anders & Co".

Ta sama pretensja pobrzmiewa również w artykule pióra kilkakrotnie już tutaj wspomnianego skrajnie reakcyjnego dziennikarza Józefa Mackiewicza, którego hitlerowcy zaprosili swego czasu do zwiedzenia Katynia. Artykuł ukazał się w Dzienniku Polskim, wychodzącym w Detroit (USA), w numerze z dnia 15.03.1952 r.

"...W pierwszych dniach lutego br. - pisze Mackiewicz - stanął przed Komisją Kongresu Amerykańskiego człowiek, który podał się za naocznego świadka zbrodni katyńskiej. W tym co mówił ów rzekomy świadek nie było (omal dosłownie) ani jednego (Podkreślenia Mackiewicza) słowa prawdy. Okoliczności zbrodni na tym tle są (tak) znane, że łatwo było stwierdzić, iż "zakapturzony świadek" nie tylko nie był ich świadkiem naocznym, ale nawet być nim nie mógł. Nie zgadza się ani data, ani żaden z przytoczonych przez niego szczegółów. Ponieważ sam byłem w Katyniu w przeciągu trzech dni i poznałem teren... zanim doczytałem do końca relacje w gazecie, wiedziałem, że chodzi tu o szczerą fantazję, zobrazowaną z wyjątkowym tupetem.

...Ani teren, ani drzewa w tym lasku, których rzekomy świadek oczywiście nigdy nie widział, nie nadawały się do obserwacji, o jakiej opowiada.

...wdrapywanie się na drzewo o kilka czy kilkanaście kroków od miejsca egzekucji i siedzenie na gałęzi z księdzem dla przyglądania się i liczenia ofiar, należy odnieść raczej do anegdot zabawnych, gdyby nie dotyczyły sprawy aż tak strasznej, jak mord katyński".

Wyliczywszy niekończące się kłamstwa "naocznego i koronnego świadka" Komisji Kongresu USA, Mackiewicz z jawną złością poucza amerykańskich, nieudolnych naśladowców Goebbelsa:

"...Strzelano nie z broni rosyjskiej, a z niemieckiej. Ręce skrępowane były sznurem, a nie drutem... To są rzeczy znane! Poza tym cały tenor opowiadania wykazuje daleko idące i naiwne uproszczenia, charakterystyczne dla zeznań zmyślonych. Trudno jest zrozumieć, dlaczego... dano rozgłos nie tylko fałszywym, ale zatrącającym anegdotą zeznaniom anonimowego "świadka" (Podkreślenia moje - B. W; cudzysłów Mackiewicza).

Komiczna jest ta pretensja zdrajców emigranckich do amerykańskich wskrzesicieli starej hitlerowskiej prowokacji - o ile w ogóle może być coś komicznego w całej tej potwornej sprawie. Pretensja jest komiczna - i nieuzasadniona. Wszak reakcja polska ściśle współpracowała z amerykańskimi wskrzesicielami prowokacji Goebbelsa - aż do sali "przesłuchań" włącznie.

I co najistotniejsze: zakapturzony na modłę Ku-Klux-Klanu "naoczny" błazen opowiadający niestworzone i zalatujące kłamstwem na tysiąc mil morskich brednie o Katyniu i atmosfera obrzędów Ku-Klux-Klanowych na sali "katyńskiej" Komisji Kongresu USA - wszystko to nie jest zjawiskiem przypadkowym. To jest po prostu produkt skrzyżowania hitleryzmu z amerykańskim faszyzmem.

Goebbels plus Ku-Klux-Klan równa się ponura farsa w Kongresie USA, równa się "naoczny świadek" w prowokacji katyńskiej. W prowokacji dziś już amerykańsko-hitlerowskiej! Goebbels plus Ku-Klux-Klan...

Widzieliśmy, jak amerykańscy spadkobiercy i naśladowcy Hitlera zainscenizowali ponurą farsę, która się oficjalnie zwie "pracami" Komisji Kongresu USA w Sprawie Katynia. Teraz pozostaje już tylko jedno: przyjrzeć się bliżej głębokim - politycznym i społecznym - przyczynom, które sprawiły, iż amerykańscy mordercy narodu koreańskiego odgrzebali i wznowili prowokację, ukutą przez morderców narodu polskiego.